Kategorie: Wszystkie | ETNOSPOKO | INNE | INTERNET | KULTURALNIE | NA BIEŻĄCO | OBRAZKI | SPOŁECZNIE | ŚWIATEM
RSS

SPOŁECZNIE

sobota, 05 stycznia 2013

Bywało, że byłam spłukana, ale nigdy nie byłam biedna. Bieda to stan umysłu.

Cytatem z mądrości Gabrielle Solis rozpoczynam dzisiejszą notkę.

Nigdy w życiu nie zaznałam biedy. Nigdy nie było tak, że nie mogłabym pojechać na wycieczkę szkolną, zaopatrzyć się w nadprogramowe buty, czy nakupować słodyczy w sklepiku szkolnym. W podstawówce nie rozumiałam, jak ktoś może ot tak nie jeździć na fajowe wycieczki, czy chodzić w pozszywanych swetrach.

W gimnazjum i liceum zapanował lans na biedę. Serio - im ktoś był biedniejszy, tym był fajniejszy. Z dumą stawało się w grupce jedzących i żebrało o kanapkę albo oznajmiało nauczycielowi, że 50zł za jednodniową wycieczkę szkolną to chyba jakieś kpiny. Jako przedstawicielce klasowej burżuazji było mi czasem trochę głupio i miałam nawet za złe rodzicom, że zarabiają więcej, niż najniższa krajowa.

Nigdy nie nauczyłam się oszczędności. Gdy poszłam na studia miałam duże problemy z rozrzutnością i późniejszym dociąganiem do pierwszego (no bo przecież nie będę prosić o podwyżkę rodzicielskich dotacji - była wystarczająca. To moja wina, że mi nie starczyło). Lubiłam nawet te moje kalafiorowe obiadki, poszukiwania złotówek zaplątanych w kieszeniach, kombinowania i ograniczania się w wyjściach do knajp między zajęciami. Czułam w tym ten studencki lans, ciekawe doświadczenie. Nigdy nie czyniłam sobie w głowie żadnych podziałów na biednych i bogatych znajomych. Ot, jedni akurat mają kasę, a jedni akurat jej nie mają. Jako tymczasowa przedstawicielka tych niemających byłam spłukana... nigdy biedna.


Cała ta światła retrospekcja wiedzie nas do nieuchronnej konkluzji. Dzisiaj dopadła mnie bieda. Zaczaiła się na mnie przy Szwajcarze, który zaproponował So i mnie wracanie do domu taksówką, bo przecież "jak się podzielimy to wyjdzie tylko pięć euro na osobę" (propozycja oczywiście odrzucona - lepiej wracać za darmo ostatnim busem tuż po północy), potem wyskoczyła mi z najtańszego piwa za dwadzieścia złotych. Ostatecznie złapała mnie w płatnej szatni jednego z fińskich klubów, gdzie zapytałam, ku zdziwieniu szatniarek, czy mogę prosić o powieszenie dwóch kurtek na jednym wieszaku...

I nagle powtarzane nowym znajomym z perlistym śmiechem i mocnym ruskim akcentem zdanie "We're just poor students from Eastern Europe" nabrało kolorów. A więc tak to jest być biednym?

Sprawa nie tkwi w posiadanych przez ciebie funduszach, ale w stosunku twojej kompanii do panujących wokół cen. Hiszpanie, Włosi, Niemcy, Australijczycy... - wszyscy narzekają na wysokie ceny, ale jednocześnie zostawiają w klubach dziesiątki euro. Mam wrażenie, że to tak jakby Polak miał zapłacić dychę za piwo w knajpie - trudne, ale nie niemożliwe. Ziomkom z Zachodu nie mieści się w głowach, że to wszystko może być dla kogoś AŻ tak drogie.

Tymczasem dla nas ceny wykraczają poza wszelką skalę przyzwoitości. Nie byłoby takiego problemu, gdyby wszyscy nie ważyli sobie lekce, ile dziś wydadzą, ale wspólnie zabunkrowali się w akademikach pijąc bimber. To społeczność czyni nas biednymi - nie ceny. Jeśli szybko nie zorganizujemy/ dołączymy do grupy bawiącej się w niepłatny sposób (znalazłyśmy już np. lokalną grupę planszówkową :) ), czeka nas samotne pół roku przed kompem (ale za to z podróżami)... Zawsze możemy skrzyknąć innych poor students from Eastern Europe... I tak, proszę państwa, tworzą się kasty.

Acha. Pojutrze idę na łyżwy, które będą mnie kosztować jedną trzecią moich oszczędności pozostałych do osiągnięcia miesięcznego limitu (a więc - jeśli chcę coś zaoszczędzić na jakieś podróże - czeka mnie kombinowanie nieziemskie). Czy to znaczy, że jednak wciąż jestem spłukana, nie - biedna, czy że po prostu głupia?

sobota, 24 listopada 2012

- Kupiłam sobie kurtkę! Kosztowała tyle, że przez miesiąc będę jeść rzepę, ale za to w Laponii będzie mi ciepło w tyłek!
- Świetnie! Narciarska?
- Jaka tam narciarska?! Megapuchówka nieprzemakalna, nieprzewiewalna, z membraną szytą elfimi włosami i runicznym suwakiem kutym przez krasnoludzkich mistrzów!
- ... małymi chińskimi rączkami.

Tego samego dnia na fejsie pojawił się ten obrazek:

My, biali ludzie, to w ogóle straszne świnie jesteśmy. A propos tematu, przypomina mi się pewna pogadanka, którą gdzieś w gimnazjum urządzili nam misjonarze z Afrika i opowiadali o nędzy państwa, z którego właśnie wrócili.

- W [Afrika] ludzie z niższych warstw społecznych nie mają perspektyw na normalne życie. Brak im dostępu do bieżącej wody, opieki medycznej i pracy, z której mogliby się utrzymać...
O, taki przykład. W Ameryce średnie dzienne utrzymanie krowy kosztuje 5$. W [Afrika] rząd przeznacza na najuboższych mniej niż 1$... czy to jest sprawiedliwe?!

- NIE! NIE JEST SPRAWIEDLIWE! - jedyną możliwą odpowiedź wykrzykiwały me przytłoczone ciężarem informacji trzewia, a w głowie huczała mi rozpacz i nienawiść wobec kapitalistycznych ciemięzców z Zachodu. Taka właśnie byłam w gimnazjum... a potem zaczęłam mądrzeć.

Zamiast pisać dalej, wrzucam filmik:

Nie wiem, na ile gospodarka Zachodu powoduje/ przyczynia się do nędzy Krajów Trzeciego Świata i jak można tej nędzy zaradzić, nie wiem, na ile Krajom Trzeciego Świata pomaga moje Zachodnie kupowanie produktów Fair Trade (choć, gdy tylko mogę, kupuję właśnie takie), nie wiem, na ile zachodnia Pomoc Humanitarna rzeczywiście pomaga - nie zmądrzałam jeszcze na tyle, żeby to wiedzieć.

Wiem jednak, że ślepe poddawanie się propagandzie i walka protestami, ulotkami i muzyką alternatywną nie da nikomu ani ryby, ani wędki - moje doświadczenie mówi mi, że większość protestujących ma tylko powierzchowną wiedzę o rzeczach, przeciwko którym protestuje. Ba - jak mówią państwo w okularach z filmiku - zrywy stadek aktywistów (dzień dobry Oburzeni wszystkich narodów!) przynoszą korzyści przede wszystkim temu, który takie stadka pobudza do działania (i który, w przeciwieństwie do nich, te sprawy ma dobrze przemyślane). Spójrzcie chociażby na sprawę ACTA.

I przyznam się, że sama często mam problemy z pojęciem tego, o czym właśnie naskrobałam. Zgrabnie wyartykułowana propaganda wchodzi we mnie jak w masło. Mnie również trzeba nauczyć się myśleć głową, a nie sercem.

Dlatego też nie mam głowy do wielkich spraw tego świata. Na szczęście wiem, że ten, kto chce pomagać może zrobić to w łatwy sposób na swoim podwórku - wszak schronisk, domów dziecka, rodzin potrzebujących pomocy (...) w Polsce nie brakuje. Można też łatwo sprawdzić, czy środki, które przeznaczamy na zbożne cele rzeczywiście wykorzystywane są tak, jak byśmy sobie tego życzyli.

niedziela, 04 listopada 2012

Dzisiaj będzie o tym (takie tam "na szybko" w Paincie):

Wracam sobie z grobbingu i rozmyślam...

...o tym, jacy ci chrześcijanie niechrześcijańscy, że sprzątają groby przez godzinę, a modlą się przy nim przez minutę. Że robią stypy, których nie powstydziłby się (tutaj wlep nazwisko jakiegoś bogacza z Kuwejtu), a różańca ze niego nie zmówią.

...o tym, jacy ci ateiści puści, że grzebią swoich zmarłych (którzy też często mają odpicowane groby), zamiast oddać organy, resztę spopielić i wysypać fpizdu.

I mam w sobie nutkę politowania dla tych bogobojnych babć, które, wzorem swych znienawidzonych pogańskich praszczurów zapalają światełka wiekuiste w kolorowych zniczach ozdobionych plastikowymi kwiatkami.

I wszystko to do czasu, aż nie zobaczyłam tego obrazka na kwejku:

...a pod nim komentarze kwejkozofów (tych od wyklinania kościoła za krucjaty i feministek za Femen), że "to takie polskie" i w ogóle "Mohery do gazu!".
Jakim tępakiem trzeba być, żeby jarać się tym, że zauważa się, że wszystkie te babcie - wzorem zakochanych w Walentynki - są ofiarami ekonomicznej machiny napędzającej sezonowe sprzedaże zniczy. Szczytem szerloctwa będzie tutaj dodatkowe wypunktowanie niechrześcijańskości w zachowaniach chrześcijańskich babulek. Jakże głupio się teraz czuję, że kiedyś do tej hejtoprześmiewczej grupy należałam.

Nawet chrześcijaństwo nie zdołało wyplenić w człowieku tych pogańskich odruchów, jak smutek i tęsknota za zmarłymi (bo przecież chrześcijanie powinni generalnie cieszyć się ze śmierci), czy potrzeba jakiegoś kontaktu z nimi. Te kwiaty, te znicze, to nic innego, jak próba oswojenia śmierci i zachowania pamięci o zmarłym. Prócz tych oczywistych powodów - z których oświeceni kwejkozofowie chcą się wybijać - jest jeszcze jeden, dla którego, daj Boziu, nigdy nie zarzucę tego zwyczaju, mimo że nie należę do najbardziej bogobojnych stworzeń.

Ja Wszystkich Świętych kojarzę bardzo pozytywnie - większość mojej familii zjeżdża wtedy w jedno miejsce, gdzie w rodzinnej atmosferze spędza razem kilka dni. Wracając później z tego zjazdu do domu, zahaczamy też o domy drugiej części familii, odwiedzamy razem groby i jesteśmy faszerowani rosołkami i ciastem. Grobbing pobudza do jednoczenia się (bo wiecie, "my Polacy" to się jednoczymy tylko, jak jest smutno źle...). Święto Zmarłych należy do pocztu świąt rodzinnych, podczas których wnuczka pomaga babci przenieść kwiaty na grób dziadka (a przy okazji trochę sobie o nim posłucha), syn przyjeżdża w końcu do domu, bo długi weekend, a spacer wzdłuż grobów może wzbogacić nas o nowe ploteczki ze świta umarłych (O! To X umarła?... Muszę kiedyś odwiedzić jej siostrę, Y... kiedy my to ostatnio rozmawiałyśmy?). Samotni mogą wtedy zmieść liście z grobu ukochanych, a wędrówka wśród rozświetlonych grobowców pozwala na chwilę wyciszyć się i poobcować ze śmiercią, która współcześnie nie jest najwygodniejszym tematem do rozważań. Wszystko to z najbliższymi (żywymi lub umarłymi). Tymi z naszej krwi.

Ponadto: nie wiem jak Wy, ale ja w tych zniczowych światełkach widzę tęsknotę i nadzieję, a w listkach chryzantem smutek i prośbę. Nie wyobrażam sobie, że miałyby kiedykolwiek zniknąć z zimnych płyt grobowców.

Wrzuciłabym tu jeszcze gadkę o tradycji i konieczności jej kultywowania, ale powiedzmy, że nie wszyscy, jak ja, uznają tradycję jako wartość samą w sobie :)

Melancholijnych świąt!

 

Ps. No dobra, komiks świetny! :D

Fotki grobów stąd i stąd.

niedziela, 23 września 2012

Nie pozwalałam sobie ostatnio na takie przerwy w blogowaniu. Na swoje usprawiedliwienie mogłabym napisać, że się przeprowadzam, że szykuję się na ostatnią w te wakacje podróż, że mało czasu spędzam przed kompem... ale prawda jest taka, że po prostu nie mam ostatnimi czasy natchnienia. Nie chcąc jednak robić dziur w blogowaniu - dziś luźne refleksje tematyczne :)

Na początek - urocza tabelka rozjaśniająca wszelkie definicyjne niuanse :)

Do napisania tej notki natchnął mnie pobyt na Grojkonie, gdzie na wszelkiej maści zagorzalców natykałam się co krok. Wymyśliłam sobie tam nawet jednosekundową klasyfikację reprezentantów braci konwentowej do grup nerdów i geeków. Zasada jest prosta: Jeśli po trzech dniach konwentu nie dało się obok delikwenta usiąść nie zatykając nosa - znaczyło to, że niechybnie jest nerdem (lub jakimś jego podtypem).

Świat oszalał na punkcie jajogłowych. Świadczą o tym wszystkie nowe seriale (klasyczne Big Bang Theory, ale i Mentalista, Dr House... w planie jest też założenie grupy na fejsie "dałabym Tyrionowi"). Geeki są seksi! Nie dość, że inteligentni i z pasją, to jeszcze biorą pod uwagę czynnik społeczny świata zewnętrznego. Sama uwielbiam patrzeć jak moja połowica zatapia się bez reszty w swoich sprawach nie tracąc przy tym kontaktu ze światem zewnętrznym.

Na mężczyźnie ciąży o wiele większy ciężar konieczności posiadania pasji, niż na kobiecie (jak już tam kiedyś pisałam - my mamy głównie zainteresowania). Mężczyźni to zapaleńcy, pasjonaci i wynalazcy. Swoją zagorzałością przyciągają kobiety (śmiem twierdzić, że partnerki milionerów wcale nie lecą na kasę, a na tę pasję i zaradność właśnie). Ten płciowy podział bardzo dobrze widać na konwentach - chłopcy często przesiadywali po kilka godzin w jednym miejscu wykazując przy tym niesamowitą znajomość tematu, a dziewczyny krążyły po budynku ściubiąc coś z każdej atrakcji po trochu.

I to jest tak piękne, że nawet nie wiem, jak o tym napisać :)

Mężczyzno! Poświęć się czemuś!

A tutaj jeszcze apoteoza :D

Mamy w Polszy słowa: zapaleniec, kujon, zagorzalec, maniak, jajogłowy... pewnie też wiele innych obrazujących problem. Jak pięknie byłoby zachować te wyrazy w języku codziennym i używać ich choćby zamiennie z popularnymi "nerdami" i "geekami"!

środa, 12 września 2012

Do wpisu zainspirowała mnie notka szarmanta. Co prawda,średnio przypadła mi do gustu ze względu na jej gderliwy wydźwięk, ale poruszył mnie w niej jej ostatni fragment:

A może mężczyźni zupełnie zatracili umiejętność prowadzenia i tańca w parze? Dla wielu elegancki i dobrze tańczący mężczyzna może być tylko gejem. Nic bardziej błędnego. Mężczyzn, którzy twierdzą, że nie umieją tańczyć, zawsze pytam, czy potrafią uprawiać seks. Odpowiedź zazwyczaj jest twierdząca. Przy mocnym, pewnym prowadzeniu, kobieta zatańczy tak, jak ją poprowadzisz. Umiejętność tańca świadczy, zatem o męskości. Największe błędy, jakie popełniają polscy mężczyźni w tańcu, to delikatne, nieśmiałe prowadzenie; planowe robienie z siebie błazna albo próba tańczenia jak kobieta. Kręcenie pupą i biodrami należy zostawić paniom. Rączki trzymamy na kobiecie i nie wymachujemy nimi w cztery strony świata. Mężczyzna ma trzymać równo ramę i wskazywać kobiecie, jak ma tańczyć. Na parkiecie pozwólmy paniom być obrazem, kiedy my pozostajemy wspomnianą ramą.

Zdarza mi się być na imprezach tanecznych "na mieście". Rzeczywiście, taniec polega tam głównie na podskakiwaniu do rytmu, ewentualnie wzajemnym obmacywaniu się (co ambitniejsi ustawiają pozycję "zielony walczyk" i kombinują jakieś dwa na jeden). Jako wielbicielka tanecznych godów i nieśmiała adeptka tej trudnej sztuki, wybieram się czasem w miejsca, gdzie gra muzyka, a pary w różnym wieku wirują na parkiecie. Nawet tam tańczący mężczyzna, to skarb. Dobrze tańczący mężczyzna, to unikat, dla którego warto stać się  na ten wieczór Gollumem. Dobry partner potrafi sprawić, że płynę bez trudu po  parkiecie, że mam się za mistrzynię dyscypliny i że czuję w pulsie kierunki kroków. Z dobrym partnerem można obracać się w kółko i pół godziny. Przy partnerze niezdecydowanym, nie prowadzącym, nie mającym pomysłu na taniec, już po dwóch minutach wieje nudą. Dobry partner jest opanowany i stanowczy (no jak w życiu, no!). Tylko wtedy kobieta może błyszczeć na jego tle. Jakże kocham ten błysk! Spójrzcie zresztą na film.

Mężczyzna - prócz bycia uosobieniem stateczności - stroszy również piórka. I to też jest piękne! Tę aranżację obejrzałam już chyba kilkadziesiąt razy :)

Głównej przyczyny zaniku umiejętności tanecznych u chłopców upatruję w zaniedbaniu ich edukacji muzycznej (bo śpiewać i tańczyć uczy się raczej dziewczynki - no to śpiewają i tańczą... szkoda tylko, że nie mają z kim). Jestem głęboko przekonana, że dziecko, któremu się śpiewa, z dużym prawdopodobieństwem również nauczy się lepiej lub gorzej śpiewać. Dziecko, któremu wykształca się świadomość rytmu, z całą pewnością tę świadomość w jakimś stopniu nabędzie.  

Dlatego też poprzysięgłam sobie, że nie wypuszczę syna na boisko (czy tam do ichniejszego Call of Duty) zanim nie odtańczy z matką tanga, czy walczyka.

Mówi się, że jaki facet w tańcu, taki w życiu. Choć zauważam pewne prawidłowości charakterologiczne, gdy tańczę z różnymi partnerami, nie mogę się z tym twierdzeniem zgodzić - wielu mężczyznom nie dano szansy nauczyć się tańczyć jakkolwiek, więc tańczą jak myślą, że powinni. Nie dano szansy nawet nauczyć się koordynować swoje kroki z rytmem. Ich pokraczność powinna być żywym wyrzutem sumienia ich ojców, matek, ciotek, kobiet, przedszkolanek, pań od wuefu i ze spożywczaka. O!

Mam nadzieję jednak, że na naukę nigdy nie jest za późno, a taniec znów stanie się kiedyś modny.

środa, 05 września 2012

Znowu nie napiszę o Bałkanach. Dziś będzie społeczno - refleksyjne psioczenie. Wszystko dzięki tonom jojdających internautów (sama się do nich zresztą zaliczam), których wpisy chłonę codziennie na kwejkach i fejsbuku, przemądrzałym znajomym i przeczytanemu dziś wpisowi Segritty.

Pamiętam jak dziś, gdy w gimnazjum, bezsilna wobec naszego karygodnego zachowania, historyczka, przywołała na zmęczoną twarz wyraz politowania i rzekła - Wy teraz myślicie, że wasze wybryki, wasze poglądy i wasze cierpienia, to coś niespotykanego. Myślicie, że połknęliście wszystkie rozumy. Ale ja wam mówię - nic nowego pod Słońcem. Za dziesięć lat będziecie się sami śmiali ze swojej głupoty.

Byłam dość świadomą swojego buntu nastolatką. Teraz też chyba dość świadomie tetryczeję. Rodzice nigdy nie mieli ze mną większych problemów (choć pewnie zaczęliby rwać włosy z głowy, gdybym im ten okres przypomniała). W gimnazjum i liceum bawili mnie tnący się "nikt mnie nie rozumie" pokrzywdzeni przez świat (choć i mnie "nikt-nie-rozumiał", to jasne), chłopcy wsadzający innym łoniaki do zeszytów i klnący na lekcjach do nauczycieli, tudzież klasowe dziunie zapijające się w trupa na osiedlach ze starszymi kolegami. Starsi oczywiście w kółko mówili, że to "trudny wiek", że "bunt młodzieńczy". Każdy z nas więc znał tę prawdę na pamięć. Mniejsza z tym na ile brał tę informację do siebie. Gorzej poinformowane wydaje się być pokolenie "za moich czasów...".

Człowiek w życiu doświadcza dwóch faz buntu. Bunt młodzieńczy i bunt starczy. Ludzie, którzy wyrośli już ze swoich pierwszych rebelii, patrzą na pokolenie, które właśnie w ten bunt wchodzi i kiwa z niezadowoleniem głowami. Bo "za moich czasów...".

To jasne, że kiedyś były lepsze czekolady, lepsza muzyka, lepsze winyle, a w ogóle najlepiej, to było za komuny. Każde pokolenie tak mówi, KAŻDE. Że tak sparafrazuję słowa historyczki: Wy teraz myślicie, że wasze "staromodne" pomysły, wasze poglądy i wasze rozczarowania współczesnością, to coś niespotykanego w dzisiejszych czasach. Myślicie, że - w przeciwieństwie do młodszego pokolenia - macie mózgi. Ale ja wam mówię - nic nowego pod Słońcem. Za dziesięć lat "dzisiejsza młodzież" będzie psioczyć na nową generację używając tych samych słów, co wy.

Za niczym nie tęskni się tak, jak za czasami młodości: bo beztroska, bo nic nie boli, bo to przy tamtej muzyce - nie dzisiejszej - wylewało się swoje naiwne łzy. W pewnym wieku człowiek przestaje przyjmować zmiany za "swoje", a zatrzymuje się przy tym, co dostał, gdy kształtował sobie swój świat. Mówi, że "kiedyś to była muzyka, a teraz to tylko Bieber", ale pokażcie mi, żeby ta maruda posłuchała czegoś innego, niż proponowane przez rmf i kwejka kawałki. Zresztą, drodzy państwo, spójrzmy prawdzie w oczy - "oldschoolowi" dziś Hey, SDM, czy Coma nie są szczytowym osiągnięciem nowoczesnej poezji (choć byli, gdy przy "Stu tysiącach jednakowych miast" snułam swe dwunastoletnie myśli, a "Bieszczadzkie anioły" to wciąż obowiązkowy hicior wycieczek) i to na pewno wytknie Wam pokolenie starsze od Was (któremu to jeszcze starsze wytknie Annę Jantar). "Zapomniał wół jak cielęciem był".

Starsze pokolenie - jak świat światem - kształtuje się na strażników rozumu. Strażników tajemnicy, której nie pojmą już współcześni. Pełni wyniosłości tworzą w swoich grupach Światłą Alternatywę dla współczesnego chłamu. W tych grupach są również i dzisiejsi buntownicy - "jedyni normalni", "nadzieja młodzieży".

Zawsze śpiewano o miłości, walczono z okrutnym systemem, płakano z bólu istnienia. To, że nie rozumiemy współczesnego języka tych emocji, nie znaczy, że język ten jest gorszy. Sama staram się tę prawdę zrozumieć, gdy po raz kolejny krzywię się na współczesne "ogłupienie" młodych.

Trochę współczesnej muzyki:


sobota, 21 lipca 2012

"Raczej niełatwo jest 60 kilogramowej kobietce stłuc 120 kilogramowego bydlaka." - napisał A. w odpowiedzi na postulat z poprzedniej notki, że z przemocą wobec mężczyzn spotykam się znacznie częściej.

Dawno temu czytałam o pewnym eksperymencie przeprowadzonym wśród dzieci jednego z zagranicznych przedszkoli. Grupie chłopców i grupie dziewczynek podarowano po jednej zabawce i pozostawiono samym sobie. Chłopcy swoje prawo do zabawki ustanawiali siłą - po ostrej bójce ostatecznie dostał ją najsilniejszy. Dziewczynki natomiast izolowały tę, która była w posiadaniu pożądanej rzeczy, wyśmiewały ją i katowały psychicznie. Koniec końców zdezelowane dziecko samo odłożyło lalkę.

Zgodnie z obietnicą przedstawiam problem wielu mężczyzn. Tutaj i tutaj można znaleźć trochę wstępnych danych i statystyk (choć wiecie, co sądzę o statystykach).
Wrzuciłabym też jakiś odpowiedni spot na początek, ale takich spotów nie znalazłam. Anglojęzyczni wrzucili na youtube kilka vlogów na ten temat. Nic medialnego w każdym razie... No to kabaret:

Przykro to stwierdzić, ale jeszcze sporo ludzi (zwłaszcza starsza generacja), gdy słyszy hasło "przemoc wobec mężczyzn" wyobraża sobie karykaturalną kobietę - Pudziana miotającą po pokoju swoją chuderlawą połowicą. Gdy w liceum omawialiśmy "Panią Dulską" w charakterystyce głównej bohaterki padło wiele inwektyw: że dwulicowa, że dyktatorka, że pazerna... Nikt specjalnie nie rozczulał się nad losem jej sterroryzowanego męża - był on ledwo podpunktem w całym planie wydarzeń. Nikt też nie ukazywał tragedii córek Dulskiej w takim kontekście, w jakim zapewne należałoby ją ukazać, gdyby mowa była o dysponującym tymi samymi cechami Panu Dulskim przed którego ciężką ręką dziewczynki drżałyby skulone w łóżkach. Dyktatura kobiet w domu wciąż kojarzy się z jakąś farsą i niedorzecznością. Świadczy o nieudolności męża, więc nikt specjalnie nie przejmuje się jego losem. Inna sprawa, gdy tą nieudolną połówką jest kobieta...

Siłą kobiet nie są mięśnie, ale języki. Języki, wobec których mężczyźni - przyzwyczajeni do prostolinijnego załatwiania spraw prawym, czy lewym sierpowym - są bezbronni. Wszak nie godzi się uderzyć kobiety! Wychowanie w duchu poszanowania słabszego, uwielbienia i chęci ochrony kobiety często nie zawiera klauzury mówiącej o tym, jak reagować, gdy ktoś uderza nie w zewnętrzną pancerną powłokę, ale w miękkie wnętrze.

Siedzimy w knajpie. Wśród nas pewna para. Ona od początku zdaje się być jakaś podminowana. Któraś panienka rzuca, że u niej tak objawia się wścieklizna macicy. Ktoś inny ze śmiechem sugeruje chłopakowi, że po powrocie do domu powinien się tym zająć. W oku oblubienicy widać błysk. Spogląda na ukochanego.
- No to czeka mnie wieczność we wściekliźnie, chyba że zdążę osiągnąć orgazm w dwie minuty.
Stolik ogarnia ciężka cisza. Dziewczyna, widząc, że wszyscy patrzą na zaciśnięte wargi oblubieńca rzuca po chwili.
- Oj nie bądź dziecko, [Adaś]. Żartowałam. - mruga jeszcze do reszty zgromadzonych.
[Adaś] po chwili wychodzi na papierosa.
Po jakimś czasie [Adaś], w odwecie chyba, rzucił jakąś uwagę o cyckach kelnerki - po reakcji partnerki ("nie szanujesz mnie! idź sobie do niej!") można się spodziewać, że [Adaś] dziś nie podejmie próby uspokajania wścieklizny... nawet dwuminutowej.

Wszelkie instytucje trąbią, że na przemoc trzeba reagować. To jasne, że gdy widzę siniaki na ciele przyjaciółki - ciągnę ją na policję. Co jednak robić, gdy widzę siniaki na duszy przyjaciela? Albo gdy sama jestem świadkiem takiego mentalnego katowania? Mam powiedzieć takiemu mężczyźnie: "Nie bądź cipa! Postaw się!"/ "Co z ciebie za mężczyzna?!"/ "Rzuć ją [w domyśle - bo ewidentnie sobie z nią nie radzisz]"? A może kierować go do psychologa? To jasne, że raka należy wyciąć, więc po takiej akcji towarzystwo powinno ostracyzować terroryzującą delikwentkę... ale co z leczeniem ofiary? Raz nadszarpnięte cohones mężczyzny pozwolą szarpać się nadal. Nie ta partnerka, to inna będzie wbijać w nie swój obcas.
Gorzej jeszcze, gdy w całą sprawę damsko - męską wmieszane są dzieci. Gdzież w rodzinie miejsce na autorytet ojca, skoro maluchy widzą, że jest on ciągle podważany przez matkę?

Dla wymienionego i wielu innych niewymienionych przykładów apeluję do walczącej z przemocą Feminoteki, by skierowała swe wyrównujące oblicze na problem maltretowanych mężczyzn i zwróciła uwagę, że wobec przemocy wszystkie płcie są równe. Społeczeństwo nie wydaje się jeszcze do końca świadome, że oto filigranowa, marudna żona może być tak naprawdę okrutnym oprawcą swojego męża. O kobiecie - kacie wciąż pobłażliwie mówi się: zołza, a o jej ofierze - pantofel, cipa. Skoro pantoflarą nie jest maltretowana kobieta, to i terroryzowany mężczyzna powinien doczekać się sprawiedliwości (w sądzie chociażby) i pomocy psychologicznej.

piątek, 20 lipca 2012

Jak mogłam nie dodać na koniec poprzedniej notki tego filmiku?! Spieszę naprawić błąd! :)
I wbijcie sobie to do głowy, mężczyźni! O honor kobiety trzeba dbać!

Ktoś kiedyś na facebooku wrzucił artykuł z Feminoteki. Jako że zawsze z zapałem śledzę wszelkie feministyczne akcje nie odmówiłam sobie kliknięcia. Nie wiem już teraz dokładnie, który tekst czytałam, ale wszystkie z "przemocą" w tytule mówią o tym samym. Kobiety: a) wciąż są słabszą płcią, b) potulnie przyjmują kolejne ciosy, c) świat przekonuje je, że powinny całować pięść, która łamie im kości i że cała ta przemoc to na pewno ich wina... By poczuć temat polecam poczytać ten tekst...

... i obejrzeć spot:

Po raz kolejny poczułam się dyskryminowana. Po raz kolejny traktuje się mnie jak bezrozumne dziecko lub podrzędne względem mężczyzny stworzenie (co jest śmieszne, bo przecież feministki programowo zwalczają takie podrzędności). Nie słyszałam nigdy o kampanii społecznej walczącej z przemocą kobiet wobec mężczyzn (a tę obserwuję znacznie częściej... planuję poruszyć ten temat w przyszłej notce). Ale po kolei.

Kobiety walczące zdają się nie pojmować, że czasy wymagające walki już dawno się skończyły. Teraz nie dość, że chcą bawić się w inżynierów społecznych (a takie eksperymenty nigdy nie wychodziły społeczeństwu na dobre) to jeszcze nie zauważają, że ich wróg już dawno szczezł w kącie historii. Posługując się wydumanymi statystykami (jak na przykład zmierzyć ile procent kobiet godzi się na przemoc domową?) biją na alarm w swoich rojach i zacietrzewione rwą włosy z głowy. No aż ciśnie się na usta znane i lubiane powiedzenie, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije.

Świadomość społeczeństwa wzrosła. Mimo tej świadomości, uświadomionej wciąż pozostaje wolna wola i możliwość wyboru swojej drogi. Teraz uderzona kobieta z reguły nie wraca potulnie do garów, ale ucina kontakt ze swoim oprawcą, po czym idzie zrobić sobie obdukcję. Jeśli jednak tak się nie dzieje i skrzywdzona woli łkać cicho w kącie, a koleżankom wmawiać że spadła ze schodów, to ma do tego święte prawo! To się nazywa: wolność osobista. Feministki chcąc zmusić płeć słabszą do bezwzględnego posłuszeństwa wobec innej tym razem instytucji, przeczą swoim ideologiom, a stare stereotypy zastępują nowymi. Walcząc ze zniewoleniem same zniewalają.

O czyjeś prawa rozsądnie jest walczyć wtedy, gdy ten ktoś jest ich pozbawiony. Mamy w Polsce prawo dotyczące przemocy i swoim zakresem obejmuje obie płcie. Chcąc stworzyć specjalną rubrykę "dla kobiet", walczące o równość strzelają sobie w stopę. Specjalnych praw potrzebują osoby niedorozwinięte i słabe. Jako kobieta mająca się za dojrzałą społecznie jednostkę protestuję przeciwko traktowaniu mnie jak głupie bezbronne dziecko. Protestuję również przeciwko usilnemu upodrzędnianiu mnie przez współczesne emancypantki. W całym swoim życiu dyskryminowana czułam się tylko raz (podręcznikowy przykład zakładania, że z babą nie ma co dyskutować) i nawet wtedy dziękowałam Bogu, że ten człowiek nie został jeszcze zindoktrynowany przez wojujące wyrównujące. To zdarzenie dało mi do zrozumienia, że mamy jeszcze na świecie umysły niezniewolone przez modne ideologie. Ja przecież nie muszę się z nim zgadzać, bo również jestem wolna. Nie muszę podobnym delikwentom również niczego udowadniać. I to właśnie jest piękne w wolności.


Oczywiście, wszelkiej niechcianej przemocy mówimy: NIE!

sobota, 30 czerwca 2012

Po bezsennym miesiącu zaliczeń i sesji wracam z tarczą do domu.

- Tym pociągiem to się minister infrastruktury powinien przejechać! Skandal, że musimy jeszcze kupować bilety!

Pan siedzący niedaleko miał sporo racji. Pociąg był przepełniony i tak obrzydliwie nagrzany, że wkrótce przestrzeń wypełniła się aromatem naszego potu.

Zadowolona zajęłam jedno z ostatnich miejsc.  Niedługo przyszło mi się nim jednak cieszyć - do przedziału weszła pani trochę już posunięta w latach, położyła bagaż i grzecznie oparła się o siedzenia. Rozglądam się - wokół sporo siedzących mężczyzn, a wśród nich kilku studenciaków. Pokręciłam się chwilę niespokojnie, a gdy zobaczyłam, że żaden nie kwapi się ustąpić - wstałam i bez słowa usiadłam w przejściu na swojej torbie (naprawdę nie wiem, czemu ludzie w pociągach wolą stać, niż sobie usiąść na podłodze) zwalniając miejsce i z powrotem zatopiłam się w lekturze. Pani podziękowała i usiadła.

Bardzo oburza mnie zachowanie dzisiejszych panów, którym nie przeszkadza siedzenie przy stojących paniach oraz zachowanie pań i panów, którym nie przeszkadza siedzenie przy starszych,  niepełnosprawnych, ciężarnych itp. (kolejność ustępowania - zgodnie z podaną na obrazku hierarchią). Gdy pytam o przyczyny takiego zachowania najczęściej słyszę jedną z trzech wymówek:

a) No co? Równouprawnienia przecież chciałyście!
b) Oferowałem miejsce, ale babcia nie chciała usiąść, to nie będę się przecież dopraszał.
c) Jak chciałem kiedyś ustąpić miejsca pewnej pani pod pięćdziesiątkę, to mnie ofukała, że sugeruję, że jest stara.

Nad pierwszym punktem nie będę strzępić języka, bo to chyba przypadek beznadziejny.

Co do kolejnej wymówki - pochodzi ona z takiego samego źródła, co ta pierwsza, bo wynika z podobnych wygodnickich motywacji. Zresztą, chęć ustąpienia miejsca nie powinna pochodzić tylko z przeświadczenia, że ktoś jest słabszy (a skoro ten ktoś twierdzi, że nie jest słaby, to nie ma co się nim przejmować) - prawdziwy mężczyzna nie siedzi, gdy stoi kobieta (lub osoba stojąca wyżej na podanej drabinie ustępowania). Nigdy. To powinna być sprawa honoru, nie racjonalnych pobudek. Jeśli, drogi mężczyzno, nie czujesz się źle, gdy siedzisz podczas gdy niewiasta stoi, to znaczy, że coś z tobą jest nie tak. Droga kobieto - jeśli widok chwiejącej się na nogach babci nie sprawia, że automatycznie prostują ci się kolana, to chyba ktoś nie pojął w dzieciństwie ważnej lekcji.

Zresztą, w szczerość intencji tej grupy nie chce mi się zbytnio wierzyć. Tylko wyjątkowo bezczelna lub wyjątkowo połamana osoba skorzysta z takiej oferty (to bardzo wygodne dla siedzącego, bo oczyszcza swoje sumienie, a przy okazji nie zwalnia miejsca). A to wiąże się poniekąd z kolejnym punktem: 


Gdy ktoś ustępuje komuś miejsca, to zamiast: "Proszę sobie usiąść, ja postoję" słyszę "Spójrz na mnie! Ale jestem spoko!" lub "Jesteś tylko słabą kobietą, więc ci ustąpię. Znaj łaskę pana". Wyglądają jak gwiazdy publicznie oddające się bezinteresownej pomocy bliźniemu. Takich skojarzeń można uniknąć po prostu wstając i odchodząc od zajmowanego miejsca. Cel zostanie osiągnięty bezboleśnie i żadna pani po czterdziestce nie zostanie urażona. Oczywiście, istnieje wtedy ryzyko, że miejsce zajmie ktoś inny (i zdarzyło mi się to kilkakrotnie) - to jednak jest już sprawa niewychowanego lub nieuważnego podsiadającego, a nie nasza.

Czasem więc najlepiej po prostu nie siadać :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31