Kategorie: Wszystkie | ETNOSPOKO | INNE | INTERNET | KULTURALNIE | NA BIEŻĄCO | OBRAZKI | SPOŁECZNIE | ŚWIATEM
RSS

KULTURALNIE

sobota, 01 września 2012

Miało być o śladach wojny na licu współczesnej Jugosławii, ale właśnie, po nieprzespanej nocy, zwlekłam się z łóżka, umyłam zęby (doprawdy nie wiem, czy zaliczyć to szczotkowanie do mycia "rano" czy "wieczorem"), nastawiłam wodę na kawę i odpaliłam kompa. Czas zreaktywować delikatnie rysujący się ongi na tym blogu dział literacki.

Odkąd poszłam na studia strasznie opuściłam się w tak zwanym czytaniu "dla siebie". Odmóżdżyły mnie te social studies i filologie niemożebnie. Czytam tylko szlagiery - albo naukowe, albo klasyczne (no nie będę przecież polecała Gogola, czy Martina, heloł). Nie sztuka wystawiać dobre noty dobrym książkom (pamiętacie moją definicję dobrej książki, prawda?). Mimo to, to nie one ostatnio sprawiają, że zarywam noce, mimo że mam w perspektywie długie dnie. W podstawówce i gimnazjum takie nocne ślęczenie nad lekturą zdarzało mi się dość często, w liceum rzadziej, teraz - od wielkiego dzwonu. W przypadku tzw. Literatury przyczyny upatruję w książkowym zblazowaniu i moich wygórowanych oczekiwaniach - no bo przecież to jest NAZWISKO, książka musi być dobra!... gdy rzeczywiście jest dobra, nie wzbudza to tak szaleńczej ekscytacji, jak samodzielne odkrycie perełki. Szkoda gadać, co się dzieje, gdy Nazwisko rozczarowuje... ale ja nie o tym.

Proszę Państwa - odkryłam perełkę! Nie nazwę ją może Literaturą, ale z całą pewnością Czytadłem-Na-Poziomie. Serce rośnie, gdy pomyśleć, że takie cuda piszą rodzimi autorzy.

Książka jest tak krótka (choć Fabryka Słów grubością kartek i czcionką jak z elementarza daje czytelnikowi poczucie, że oto w jedną noc pochłonął encyklopedię), że i streszczać nie będę zbyt wiele: samotna matka - redaktorka dostaje w spadku po tajemniczej krewnej dom w zabitej dechami dziurze. Spadkobierczyni szybko orientuje się, że przybytek dostała nie bez przyczyny - w jej życiu szybko pojawia się instruujący ją... duch owianej złą sławą właścicielki. Nie znajdują wspólnego języka - adeptka wiedźmostwa na własną rękę odkrywa tajemnice skrywane przez wieś, do której nie dotarło google maps. Owe tajemnice wiążą się z Gestapowcami, paznokciami w sejfie, i ektoplazmą wyciekającą z komina. 

Książkę dostałam pewnego razu od Narcyza i nie wiązałam z nią specjalnych nadziei. Białołęcką czytałam ostatnio w szóstej klasie i - o ile wtedy bez tchu przewracałam kolejne kartki - teraz nie spodziewałam się cudów. Rzeczywiście, lektura była całkiem przyjemna, choć nie porywająca w pierwszej połowie. Już układałam sobie w głowie recenzję, że postacie mało wiarygodne i wszystkie takie same, że dowcipy jakby z jednej szuflady (choć literacko elokwentne), że wiele, jak na krótką formę, niepotrzebnych wtrętów. Z każdą kolejną stroną autorka - jak lokomotywa - rozpędzała się na szynach fabuły i bezlitośnie targała za sobą strzępy mojego krytycyzmu. Niesamowite pomysły fabularne, "odnaiwnienie" procesów myślowych głównej bohaterki (ona przeklina!) i świetna, świetna kompozycja sprawiły, że pozbyłam się wszelkich zastrzeżeń... no może z wyjątkiem jednego.

Główna bohaterka chełpiła się tym, że jako redaktorka musi znać się na wszystkim (bo przecież jak ktoś napiszę, że Giocondę da się wykroić z ram nożykiem, to musi zrugać gryzipiórka, bo przecież Gioconda leży na desce). Swoją wszechstronnością, rzeczywiście, zadziwiała (i tu ukłon w stronę Białołęckiej za dokładny risercz). Ale:

"Starsi Wilczakowie obrzucili mnie zdumionymi spojrzeniami, kiedy pojawiłam się na ich podwórku, ale kiedy na ich ostrożne "pochwalony" odpowiedziałam "na wieki wieków", uznali chyba, że jestem w zasadzie niegroźna".

Jako osoba oceniająca książkę głównie po kreacji postaci zazgrzytałam zębami na tę gafę :)

Jeśli kiedyś będziecie potrzebowali lektury do pociągu, czy na wakacje, to polecam gorąco! Naprawdę słuszny kawałek czytania. Nie polecam natomiast czytać tego o trzeciej w nocy w pustym mieszkaniu bardzo strachliwym osobom (czyli np. mnie) - w pewnych momentach musiałam dzwonić do Narcyza, żeby się trochę uspokoić.

Szanowna pani Białołęcka (Białołęcko?)! Przeczytam jeszcze coś Pani pióra - obiecuję! :)


OCENA: 7/10


Ps. Zastanawiam się, czy wszyscy wiedzą, o co chodzi z tym cytowanym przykładem ;)

piątek, 01 czerwca 2012

- Dzień dobry. Tutaj wolne? -pytam zaglądając do przedziału.
- Wolne. Zapraszamy. - uśmiecha się do mnie przyodziana w czarne fatałaszki dziewczyna.

Wsiadam, korzystam z uprzejmej pomocy zatopionego w czerni chłopaka (ile ten plecak waży!) i dołączam do prowadzonej przez dwie siedzące w przedziale grupy rozmowy.

Naprzeciw jadących na koncert metalowców siedziała para - ona na różowo, on ze szklącymi się żelem włosami... no i ja. Ciekawy zestaw mi się trafił i może nawet kiedyś opowiem, o czym rozmawialiśmy :) Dziś jednak nie o tym, więc przewijam pierwsze pół godziny drogi.

- A wiecie - mówię w końcu - wiozę ze sobą taką grę... zasady są banalne i można spokojnie pograć w pociągu.

Wytłumaczyłam szybko o co chodzi i wszyscy aż do końca podróży - bez względu na zainteresowania, światopogląd i inne rzeczy - wspaniale bawiliśmy się przy grze, o której zaraz co nieco napiszę :)

DIXIT

Karcianka dla 3 -12 osób (przynajmniej w wersji Odyssey, w którą gram najczęściej), którą nie znudzisz się tak długo, jak długo twoja fantazja będzie dostarczać ci nowych skojarzeń. W największym skrócie: gracze dostają po 6 kart. Na każdej znajduje się jakiś obrazek (polecam tę stronę, jeśli chcecie je sobie pożyczone z: http://www.deskovehry.com/s-pribehem/766/review-dixit-odyssey-bunnies-bears-and-devils/enpooglądać). Narrator (czyli osoba zaczynająca kolejkę) rzuca hasło (ja np. do prezentowanej niżej karty podałam hasło: "Władca Pierścieni") i kładzie kojarzącą mu się z tym hasłem zakrytą kartę na stół. Gracze w swoich taliach również szukają obrazka odpowiadającego temu hasłu i dorzucają go do puli. Gdy wszyscy podadzą już swoje karty, narrator może na nie popatrzeć, ustawić je w dowolnej kolejności, po czym odkryć. Gracze (z wyjątkiem narratora oczywiście) głosują teraz, która karta była tą podaną przez zaczynającego turę. Jeśli wszyscy zgadną - hasło zbyt  oczywiste, narrator nie dostaje punktów (dostają je gracze). Jeśli nikt nie zgadnie - hasło zbyt popaprane - narrator nie dostaje punktów. Za każdym razem, gdy ktoś zagłosuje na kartę nie-narratora - tamten ktoś dostaję ilość punktów równą ilości oddanych nań głosów. Ot i cała filozofia :)

Obrazki na kartach nie są jednoznaczne, mają sporo szczegółów i można im przypisać naprawdę bardzo wiele haseł. Hasłem może być wszystko, co zamarzy się narratorowi (im gracze lepiej się znają tym szersza jest pula możliwości). W Dixita gram ze znajomymi, z obcymi, z rodziną i każdym, kto się nawinie - nie spotkałam jeszcze osoby, której gra by się nie podobała. Idealna na imprezach, przy filozoficznych rozważaniach o życiu i śmierci, po rodzinnych obiadkach. Wszelkie stany psychiczne, czy osobowość graczy często znajdują swoje odbicie w wybieranych przez nich kartach (nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś zrobił kiedyś badania psychologiczne używając tej karcianki). Gra ma kilka części - można je dowolnie łączyć i miksować.

Nie podoba mi się jednak przerost formy nad treścią (ogromne pudło z planszą i króliczkami do liczenia punktów, podczas gdy wystarczy kartka i długopis, stosunkowo niewielka ilość kart w zestawie) i nieco wygórowana - jak na zawartość pudełka - cena.

Mimo tych kilku przywar, naprawdę warto zainteresować się tą pozycją. Jeśli ktoś z was będzie miał okazję zagrać, niech się nie waha! :)

A oto zdjęcie z tegorocznego Pyrkonu. Nasz zestaw dla hasła "masturbacja". I bądź tu, człeku, mądry...

Ps. Acha, no i zapraszam do polubienia mojej strony na facebooku :)

sobota, 18 lutego 2012

Rozwalona sesja leży i kona w drgawkach gdzieś w kącie mojego pokoju. Mam dość jej potępieńczych jęków, więc zakładam słuchawki i zadowolona z siebie, poplamiona jeszcze krwią dogorywającej, zabieram się do zapisków rzeczy, które chodziły mi podczas tej morderczej walki po głowie. Panie, panowie - zapraszam do wizyty w muzeum!

Wiedziona pobudkami z cyklu "inwestujemy w siebie" podjęłam się wolontarystycznej pomocy koleżance w projekcie mającym zganiać rodziny z dziećmi do muzeów. Cel szczytny, w dodatku płacono mi w zaświadczeniach opiewających moją osobę przed potencjalnymi pracodawcami (o kulturze zaświadczeniowej i certyfikatowej też chyba kiedyś napiszę ;) ). Miałam siedzieć przy projektorze w jednej z sal i opowiadać dzieciom ciekawostki z życia wielkiego polskiego malarza. Klnąc na posady świata, zwlekłam się w niedzielę o 9 rano z łóżka, ubrałam "młodzieżowo" i "na luzie" i poszłam wśród trzaskającego mrozu, by odbyć pięciominutowy kurs obsługi projektora i dziesięciominutowe tournee po sali, czytając uważnie wszystkie tabliczki, wzbogacając tym samym zasób ciekawostek. Po jakimś czasie zaczęli przychodzić rodzice z dziećmi.


A w muzeum, w dzień lutowy, takie słyszy się rozmowy:

Tata: To tutaj jest kolejne zadanie?
Ja: Tak, tutaj. Zapraszam na kanapę! Pokażę wam różne znane krakowskie miejsca i będziemy się zastanawiać, co mogą mieć wspólnego z...
Tata: O, to świetnie. Martynko, usiądź sobie z panią. Ja tutaj sobie pochodzę i popatrzę.
Ja: Ale to są warsztaty rodzinne. Jest też część dla rodziców.
Tata: No, to ja będę w pobliżu. Wszystko będę słyszał.
I poszedł, zostawiając kilkuletnią, milczącą córeczkę zwiniętą w kłębek i najwidoczniej przytłoczoną obcym miejscem, wodzącą zaniepokojonym wzrokiem za tatą. I motywuj tu taką...

Inna persona: mama z dwójką rezolutnych dziewczynek. Ta chętnie uczestniczyła w warsztatach razem z dziećmi. Do czasu, aż młodszej córeczce nie zachciało się siku.
Mama: Och, musimy na chwilę przerwać, bo muszę z Kasią wyjść do toalety... gdzie tu jest najbliższa?
Ja: Dwa piętra niżej i korytarzem w lewo.
Mama: Acha... To czy ja mogłabym zostawić z panią Marysię [ok. 6 lat]? My szybciutko z Kasią zejdziemy i wrócimy.
Nie dajcie z siebie zrobić przedszkolanek! - natychmiast zadźwięczał mi w uszach głos koordynatorki - to rodzice są odpowiedzialni za swoje dzieci, a wy nie macie obowiązku ich pilnować.
Ja: No...
Tutaj poczułam syndrom, który obserwowałam już jako hostessa. To była Matka. Nie możesz sprzeciwić się Matce.
Ja: ...dobrze.
I tak oto zostałam pedagogiem.


Przychodzi do mnie jeden z koordynatorów. Mam akurat przerwę, więc rozmawiamy:
On: Przed chwilą podszedł do mnie dziadek z wnuczkiem i poprosił o zaświadczenie dla małego.
Ja: O co poprosił?
On: No zaświadczenie. Że wnuczek brał udział w warsztatach (koniecznie: warsztatach), z pieczątką muzeum.
Ja: I co, dacie mu?
On: Chyba da się coś takiego załatwić. Też ludzie mają pomysły...
Ja: No co? Mamy trudny rynek. Trzeba od małego kompletować swoje CV.

Przyszedł czas na wnioski i wrażenia ogólne.

  1. Rodzice przyprowadzają swoje dzieci do muzeów, by je ukulturalniać. Często zapominają jednak o tym, że żeby zasiać iskrę w innych, samemu trzeba płonąć. Obawiam się, że takie leniwe wizyty w muzeum mogą skończyć się podobnie, jak sytuacja, w której matka czytająca jedynie "Życie na gorąco" będzie zapędzać dzieci do czytania lektur.
  2. Bardzo przeszkadza mi bariera fizyczna między mną, a dziećmi. Chciałabym czasem któreś pogłaskać, połaskotać, wziąć za rękę, gdy gdzieś je prowadzę, czy podnieść (był np. problem z pokazywaniem jednego obrazu - dzieci były za niskie, żeby dokładnie go obejrzeć, a wpadające przez okno, oślepiające światło nie pomagało) a wiem, że mi nie wolno. Po którymś niepogłaskanym, czy nieprzytulonym dziecku zaczęła rosnąć we mnie złość na pedoprewencyjne systemy.
  3. W związku z poprawnością językowo - obyczajową ciężko było mi się wysławiać, żeby nikogo nie urazić. Skąd mam wiedzieć, czy opiekunka jest matką/ babcią małej? Albo, że ta para, która przyprowadziła dziecko jest jego rodzicami? Może to macocha małej, do której mówi się np. "ciociu"? Zbyt duża liczba opcji krążących mi po głowie, gdy mówiłam Kasi, czy Basi "Jak zrobi się cieplej, to weź..<burza>.. mamę...< /burza>....<start rozkminy>. na spacer i... tego... pokaż, hm, jej, gdzie na Bramie Floriańskiej widać orzełka, a gdzie, yy, św. Floriana".

Ale tak ogólnie, to było bardzo fajnie, miło i interaktywnie. Bałam się, czy maluchy będą wykazywały chęć do współpracy i czy nie będą się nudzić. Nic z tych rzeczy! Prawie wszystkie dopytywały, współpracowały i były zadowolone. Zapraszam wszystkich do zabierania maluchów i chodzenia z nimi w takie miejsca! :) 

niedziela, 03 kwietnia 2011

Teatr Słowotok Kultura
Myśli nieuczesane
Zdania niestylistyczne
Niejednokrotnie wiązane.
A poza tym jeszcze kawa i papierosy.

Oto mój przepis na udaną sztukę współczesną.

Zupełnie mnie to nie pociąga. Po obejrzeniu opiewanego przez krytyków "Rodzeństwa", po wysłuchaniu trzygodzinnego inteligenckiego bełkotu (w domyśle - jestem kretynem, więc proste myśli wyrażam w trudnych słowach) o bólu egzystencji jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że coś takiego może się podobać i zbierać hołdy i laury. Zapewne sąd ten wypływa z mojej bezdennej ignorancji jeśli chodzi o tzw. "sztuki performatywne", no ale nic w tym nie widzę i już!
O wiele bardziej wolę moralizatorskie i nie przesycone symbolami sztuki Moliera niż patetyczne dziamgolenie trójki niewydarzonych filozofów.

"Galeria ohydy" - rzeczę przywołując słowa dramatu.

środa, 02 lutego 2011

Wróciłam właśnie z kina i z podziwu wyjść nie mogę. Zasiadam więc do komputera i dzielę się wrażeniami :)
Ze względu na samą fabułę, pomysł i efekty film zasługuję na uwagę. Polecam zwłaszcza fantastom, którzy doszukają się w nim charakterystycznych rpgowych elementów. Nie o tym jednak chciałam dziś napisać. Kto nie chce psuć sobie wrażeń z filmu (choć trailer w zasadzie odkrywa wszystko) lepiej niech na razie nie czyta dalej.

Zauważam ostatnio mały ideologiczny zwrot w propagowanych przez większe produkcje wartościach. Do tej pory nie do pomyślenia byłaby realizacja pomysłu: a jednak skazane przez ZŁY system ofiary rzeczywiście bywają winne (nawet gdy ładne), jednak poplecznicy ZŁEGO systemu bywają bohaterami pozytywnymi, a na problem krucjaty i historii kościoła nie patrzy tylko z "jedynej prawdziwej" perspektywy.
Więcej - główni bohaterowie, którzy na początku urwali się ze złej i okrutnej wyprawy krzyżowej mówiąc, że mimo że ślubowali Bogu i Kościołowi teraz będą służyć tylko temu pierwszemu później dostają za to po głowie i na powrót zobowiązują się przestrzegać raz złożonej przysięgi.
Księżulo - mimo, że przedstawiany w złym "Systemowym" świetle (pali "niewinne" czarownice, gwałci dziewki i w ogóle jest zasranym fanatykiem) okazuje się naprawdę pozytywną postacią.
Ministrant - rycerz (paladyn dwuklasowiec :D) będąc zagorzałym zwolennikiem pomysłów Kościoła (które współczesnym buntownikom nie mieszczą się w głowie) również jest myślącym, praworządnym człowiekiem.

"Męskość" nie jest definiowana - jak dotąd - przez kogucie buntownicze stroszenie piórek, ale przez roztroponość, waleczność i honorowość, a ucieśniona przez złych obrońców wiary kobieta jednak bywa "wszelkiego zła siedliskiem".

Naprawdę, podoba mi się ten zwrot, ta nieszablonowość i ta tematyka. Ktoś, kto rzyga już przekazami w stylu "chrońmy słabszych, buntujmy się przeciw rządzącym i podążajmy za głosem serca" powinien znaleźć w filmie chwilę ukojenia. A więc: na zdrowie! :)

sobota, 01 stycznia 2011
Czym jest dobra książka? Jak ją rozpoznać? Przez ostatnich kilka lat starałam się wypracować najprostszą i najkrótszą definicję "dobrej książki". Oto, co mi z moich badań wynikło :)
wtorek, 31 sierpnia 2010

Lubię myśleć zapachami. Dźwięki i zapachy chłonę lepiej niż jakikolwiek obraz.
Nie potrafię sobie jednak wyborazić zapachu Yennefer (bez + agrest)... jak do licha pachnie agrest?

Póki co spróbuję innego zapachu od pana Sapkowskiego - werbeny stosowanej przez Oczko. To tak w ramach poszukiwania ładnych oryginalnych perfum :)

PS: Dokonałam wreszcie atualizacji w notce "Serious Men" :)

środa, 24 marca 2010

Ten autor po wsze czasy będzie kojarzył mi się z krakowskim dworcem. Dworcowy oczytany pan sprzedawca - rastaman podczas około dziesięciominutowej rozmowy o starszych fantastach wyciągnął ze stosów sprzedawanych przez siebie książek "nagi cel" zapewniając, że został napisany przez niezrównanego autora i że na pewno mi się spodoba. Wzięłam więc ... jakże nie wziąć książki polecanej przez człowieka, który uścisnął dłoń Sapkowskiemu i posiada tomiszcze z autografem Dukaja? :)

Przez wiele miesięcy ksiażka kurzyła się na mojej półce wśród innych pozycji "do przeczytania ... kiedyśtam". Kiedyśtam właśnie nadeszło i kilka dni temu skończyłam czytać. Nie wiem czy to tylko moje odczucie, ale zauważyłam, że fabule książek starszej fantastyki towarzyszy charakterystyczny klimat. Atmosfera kreowana przez starszych twórców jest tak specyficzna, że aż zacznę specjalnie zwracać uwagę na charakterystyczne dla niej momenty i może kiedyś rozgryzę ową specyficzność :)

Nie interesują mnie saj-faje, ziewam na samą myśl o możliwości przeczytania historii o światach ściśle zależnych od futurystycznej technologii i nauki. Ta sajfajowata książka nie znudziła mnie ani trochę. Nawet momenty, objaśniające czytelnikowi funkcjonowanie przedstawionego - stereanowego świata były interesujące.

Obawiałam się, że z "płaszczyznowością" powieści będzie tak samo jak z płaszczyznowością twórczości Sapkowskiego - niby wstawki filozoficzne nie są bardzo banalne, ale często sklecone na siłę i wypowiedziane pompatycznie i nadęcie. Za każdym razem, gdy dochodziłam do takich momentów w "Wiedźminie" czy trylogii husyckiej w mojej wyobraźni pojawiał się obraz narcystycznie dumnego ze swoich wynurzeń autora.
Snerg nie popełnia tego błędu - zgrabnie miesza sensacyjną i filozoficzną sferę nie siląc się na autorytatywny, czy odkrywczy ton.

Prócz powyższego - co najważniejsze - wszystko, co zostało przedstawione w książce jest bardzo świeże - zarówno od strony filozoficznej jak i fabularnej. Naprawdę żałuję, że powieść nie była dłuższa.
Największym mankamentem książki jest jej zakończenie - miałam wrażenie, że autor nie wykorzystał potencjału utworu ... dlatego też czuję niedosyt i dlatego też ocena spada o 2 oczka, a nie o 1 - jak wcześniej planowałam

OCENA: 8/10

niedziela, 28 lutego 2010

CenaCzytam sobie tego pana od niedawna ... w zasadzie trochę za mało, żeby pełną piersią wykrzykiwać opinie, ale zapisuję, żeby nie uciekło :)

Przeczytałam fragmenty "Salonu", rzeczoną "Cenę" i pojedyncze jego publikacje (tych ostatnich wysłuchałam, gdy czytał mi je pewien łysiakowy entuzjasta). W zasadzie wszystko, co mam na temat tego pana póki co do powiedzenia sprowadza się do kilku punktów, które obrazować mogę tylko na przykładzie "Ceny" (no i może trochę z "Salonu"), więc moje spostrzeżenia sprowadzę do "Cenowych" obserwacji.

Forma "Ceny" ma być czymś z pogranicza powieści i dramatu. W zasadzie nie widzę sensu udramatyczniania owej, bo trochę na siłę podkreślana jest tutaj "antyczność" i "tragiczność" sytuacji opisanej w książce. I to jest pierwszy czynnik ujawniający zmanierowanie i przerysowanie fabuły. Innymi są np. walenie po oczach nazwiskami znaczącymi, kontekstami wyjętymi z innych znanych dzieł... u takiego Sapkowskiego jest to urocze, tutaj ewidentność trochę razi.
Nie mogę pozbyć się wrażenia, że z Łysiaka (to wrażenie bardziej z "Salonu" wyniosłam) to kawał pierdoły i głosiciela mało odkrywczych teorii w bardzo "odkrywczy" sposób. Przeważnie zgadzam się z jego poglądami, ale nie podoba mi się forma ich prezentowania ... głównie właśnie przez wyczuwalną nutkę bufonowatości i pseudoodkrywczości.

Nie chciałabym jednak, żeby czytelnicy odnieśli błędne wrażenie, że książka w ogóle mi się nie podobała :) Powyższe zastrzeżenia rzutują co prawda na ogólnej ocenie książki, ale mimo wszystko dam jej dość wysoką notę. Dlaczego?

- promuje poglądy, które w większości podzielam (ponoć typowe dla Łysiaka, więc jak ktoś się zetknął, to wie, o czym mówię) - machiavellizm rox
- mimo opisanej wyżej nutki pretensjonalizmu* podoba mi się zarówno ładnie poprowadzona fabuła, język powieści (dramatu?), jak i poruszany w niej/ nim problem
- składam wielkie dzięki autorowi za nierozwlekanie akcji. Książka krótka i człowiek nie zdąży się znudzić (a nuda to częste zjawisko w rozfilozofowanych formach).

Drodzy Państwo - na koniec krótka adnotacja: autor nigdy, przenigdy nie powinien konstruować bohaterów, którzy z założenia mają być mądrzejsi/ bardziej złożenii niż on sam. Łysiak potykał się o postać swojego Stańczyka kilka razy i przez to też m.in. moja ocena książki nie będzie zbyt wysoka. Ale o konstruowaniu bohaterów kiedy indziej. Póki co - dobrej nocy wszystkim :)

OCENA:  6/10

*pretensjonalności - przyp. Filip :)

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31