ŚWIATEM

czwartek, 27 grudnia 2012

Jutro z rańca wylatuję z Polszy do Skandynawii, kędy jadę oglądać najstarszy skansen w Europie i świętować z okazji Nowego Roku... A potem na pół roku do Finlandii...

Znowu mam milion notatek notkowych, ale jakoś tak nie wychodzi, żeby je w końcu napisać :) Póki co jestem trochę rozleniwiona przez pożegnalny alkohol i nie sądzę, żeby pisanie dłużego tekstu, niż ten dobrze zrobiło temu blogowi.

Do zobaczenia wkrótce! Już wkrótce - z lekkim opóźnieniem - kolejne notasqui.

Mam nadzieję, że na ikkunaprinsessie również :)

Buziaczqui :*

Ps. Niech mi ktoś kupi takie!

niedziela, 02 grudnia 2012

Mili najmilejsi!

Jak pewnie niektórym wiadomo - już za 26 dni jadę do Finlandii, kędy będę się Erasmusić :) Z tej okazji, wraz z So, która jedzie ze mną, założyłyśmy okolicznościowego blogasqua:

Ikkunaprinsessa (czyli na polski: panienka z okienka) to miejsce, gdzie będziemy wklepywać nasze obserwacje poczynione podczas podróży (oby tylko kasy starczyło!), studiowania, poznawania nowych ludzi - Erasmusów i miejscowych... Może nawet wrzucimy jakieś filmiki, gdzie pogrążone w głębokiej depresji tniemy się do dark ambientu.

Jest już również strona na facebooku.

Póki co żadnych ambientów, a czyste szczęście. Ladies and gentlemen! Ikkunaprinsessa!

A co do tego bloga - już wkrótce notka o pewnej niezidentyfikowanej jeszcze męskiej subkulturze. Zostańcie państwo z nami! :)

sobota, 27 października 2012
Przyszedł czas na ostatnią w tym roku notkę z cyklu włoskiego. Tym razem nie będę rozprawiać o tamtejszych zwyczajach, tańcach, czy innych globtrotersko - kulturoznawczych pierdołach. Dzisiaj opowiem o pewnym wydarzeniu, które na dobre zagnieździło się w moim zbiorze "opowieści niesamowitych" i po dziś dzień mrozi mi krew w żyłach na samo wspomnienie o nim. A było to tak...
piątek, 12 października 2012

W autobusie w Bergamo pewien Niemiec, słysząc, że wybieramy się na południe Włoch, poinformował nas po rosyjsku (chodzący Ribbentrop - Mołotow normalnie), że na Południu to już nie są Włochy. To jest Puglia.

Tamtejsza Północ z tamtejszym Południem chyba niezbyt się lubi (to chyba tak jak u nas w Polsce Zachód ze Wschodem). Od różnych ludzi słyszałam już podobne opinie i podobne deskrypcje tych światów. Sama - przyzwyczajona przez Turyn i Turyńczyków (?) do pewnych standardów architektoniczno - kulturowych zostałam uderzona masą nowych spostrzeżeń. Co obeszło mnie najbardziej, to częste inwazje mniej lub bardziej obcych mi ludzi w moją przestrzeń osobistą.

Bo my z obcymi witamy się tak:

Północ Włoch już rok temu przyzwyczaiła mnie do tego, że z tamtejszymi zawsze należy witać się tak:

A na Południu witają się tak:

I nie ma przebacz...

A co najlepsze - prócz jednego wybuchu, gdzie wśród krzyków i wyrzutów zabroniłam się dotykać pewnemu przytulaśnikowi - te nagłe ingerencje w moją przestrzeń osobistą nie wzbudzały mojego wewnętrznego sprzeciwu. Ba - patrząc na naszych chłopców obściskujących się z tamtejszymi chłopcami nie brałam ich zachowania za trącącego gejozą, a głowa pewnego Italjańca złożona niespodziewanie na moich kolanach nie wykreowała wokół nas poczucia nawiązanej nagle intymności. Tu z obcymi rozmawia się jak z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, a starzy znajomi to już w ogóle rozmaślają się po sobie jak krem po ciastku.

Tak sobie rozmyślam, że tam na Południu, to brak dotyku właśnie świadczy o głębokiej intymności. To tłumaczyłoby, dlaczego rzadko kiedy w ich ludowych tańcach (które przecież taki rodzaj bezpiecznej intymności miały zapewnić tryskającej hormonami młodzieży) ludzie się dotykają.

Klucz do rozwikłania zagadki, dlaczego to wszystko stało się dla mnie tak nagle zupełnie naturalne podała mi J. mówiąc, że wszędzie przecież liczą się intencje, a jeśli intencje interlokutorów (intermacaczy) się pokrywają, to język wyrażenia tych intencji to tylko kwestia dostrojenia kodów.

piątek, 28 września 2012

Jesień na dobre zagościła w moim jeszcze nie ogrzewanym mieszkaniu. Zanim na dobre zagoszczą w nim również akademickie (mphe-he) księgi, sięgnę jeszcze po szczyptę lata na wybrzeżu najpołudniowszego południa Włoch, kędy będziem śpiewać, tańczyć, recytować :)

I tylko nie wiem, dlaczego wszyscy życzą mi tygodniowej sraki albo burz i ziąbu...

A tutaj jeszcze piosnka inspirowana końcem lata i dzisiejszym wypadem na noc naukowców, gdzie pan Marek Styczyński opowiadał o etnobotanice w muzyce (hej!)... nareszcie mogłam spróbować gry na fujarze pasterskiej i drewnianej drumli!

Do napisania w drugim tygodniu października! :)

czwartek, 06 września 2012

Wyprawa do Bośni i Hercegowiny minęła nam przy wtórze piosenki KSU.

Bałkany to teren egzotyczny nie tylko ze względu na różnice kulturowe - nie trzeba się specjalnie rozglądać, by na środku ulicy w centrum miasta natknąć się na wojenne pamiątki. Już w Belgradzie widzieliśmy kilka zrujnowanych bombardowaniem budynków. To chyba jednak jedyny żywy ślad po wydarzeniach z lat dziewięćdziesiątych (oczywiście, oprócz napisów na murach) - nawet serbskie muzea milczą o tym okresie, wspominając jedynie bombardowanie przez NATO (trudno im się dziwić, że wolą się nie chwalić tą wojną - po obejrzeniu filmu z masakry w Srebrenicy znienawidziłam na kilka dni ten naród tak, jak kiedyś na kilka dni po wywiadach z babciami znienawidziłam Ruskich). Gdy pojechaliśmy do Mostaru, Sarajewa, a później Zagrzebia - pamięć minionych tragedii uderzyła nas z ogromną siłą.

Będąc bardzo zapobiegliwą osobą, przed oddaniem komórki do serwisu nie zgrałam z niej plików na kompa. Zaowocowało to tym, że fotki, które z dumą bym tutaj zaprezentowała, diabli wzięli. Żeby przedstawić wymowny obraz, który mi się był skasował, muszę Was poprosić o aktywację wyobraźni i wczytanie się w instrukcję. Czas, start!

Oto zdjęcie słynnego mostu w Mostarze - wysadzony podczas wojny, a odbudowany kilka lat temu, dla wielu jest symbolem miejscowej historii i odbywających się tu tragedii. Wyobraźcie sobie, że na zdjęciu po lewej stronie murek, a na tym murku wielki napis "DON'T FORGET" (taki jak tu).

Mimo, że żyjący tam Bośniacy, Serbowie i Chorwaci zdają się dziś żyć ze sobą w zgodzie, Mostar wojny nie zapomniał i zapewne jeszcze długo nie zapomni. W ścianach zamieszkałych budynków w centrum miasta pełno jest dziur po kulach. Gdy oddalić się trochę od centrum, takie widoki wcale nie należą do rzadkości:

Po prawej - świeżutko wymuskane liceum, po lewej i na dole - jego szczerbaci sąsiedzi:

Do nieoficjalnych atrakcji turystycznych Mostaru należą ruiny banku. Powodem, dla którego nikt nie ściąga od odwiedzających haraczy są - jak sądzę - dziesiątki niebezpieczeństw czyhających na nieostrożnego odwiedzającego. Budynek był niegdyś oszklony (tutaj można go zobaczyć). Teraz całe to szkło pokrywa małymi i większymi kawałkami niebezpiecznie skrzypiący pod stopami beton. Ściany ozdobione są licznymi graffiti (klik), a na kolejne kondygnacje wchodzi się po odsłoniętych z wszystkich stron schodach przy wtórze bijącego w plecy wiatru (na ostatnie piętra weszłam wczepiona w ramię K. dodając lęk wysokości do listy moich fobii).

Największym wstrząsem dla mnie było odkrycie, że kilka strategicznych punktów budynku usiane jest łuskami naboi. - Ile żyć odebrał tutaj ten snajper? - zastanawiałam się ze zgrozą, gdy K. przeczesywał szkło i inne śmiecie w poszukiwaniu najmniej zardzewiałego okazu.

- Jesteś okropny! Jak można brać do domu coś, co zabijało?
- Fajna pamiątka. Zresztą, to będzie dobry talizman. Jak zabrało jedno życie, to drugie może ochronić.
- Albo: skoro zabrało komuś życie, to śmierć już siedzi w tej łusce czekając na kolejne!
- Hm... A może ten akurat nikogo nie trafił?
- Jak nie trafił, to dopiero lipny talizman z tego naboju!



W muzeum w Zagrzebiu (tam wojenna martyrologia pełną gębą!) oglądaliśmy jeszcze mapę, na której czerwonymi punkcikami zaznaczone były wciąż nieodminowane miejsca... Wniosek jest taki, że na Bałkanach lepiej nie wyściubiać nigdzie nosa, chyba że jest się wielbicielem sportów ekstremalnych.

wtorek, 28 sierpnia 2012
Po kilku dniach w Belgradzie stoimy na wylotówce z kartką A3 informującą przejezdnych, dokąd zmierzamy. Mija godzina, mija półtorej, a my, ignorowani przez kierowców, wciąż sterczymy na poboczu w pełnym słońcu i z niemiłą perspektywą sterczenia tutaj "ile będzie trzeba". Z coraz bardziej wymiętą kartką w rękach i rosnącą nienawiścią w sercach wobec wszystkich zmotoryzowanych pozwalamy, by cała wewnętrzna harmonia uleciała wraz z potem ku Niebiosom.

Biały busik zajeżdża nam pod nos. Drzwi otwiera łysy uchachany Serb:
- You're going to Guča? - pyta.
- Yes! Can you take us? - uradowani sięgamy po plecaki.
- TEN EURO! - rzuca ze śmiechem zataczający się na kierowcę półnagi wąsacz. Zrezygnowani zaciskamy zęby i opuszczamy plecaki.
- Oh, he's just kidding, he's drunk. Come inside!
No to weszliśmy. Ktoś wziął od nas plecaki, ktoś wcisnął do rąk puszki z piwem, ktoś podstawił pod nos zakąski, ktoś w ferworze tańca do ryczącego z głośników bałkańskiego turbofolku* upada nam na głowy. Wspaniała introdukcja do festiwalowych klimatów! :)
niedziela, 26 sierpnia 2012

Cykl notek bałkańskich zaczynamy od krótkiej lekcji weksylologii :)

Od początku - oto barwy pogrzebanej niedawno Jugosławii (symbole owej wciąż do kupienia na serbskich stoiskach):

Nota bene - ich hymn brzmi dość znajomo...

Przejazdy przez granice obcych państw często robiły mi kaszanę z mózgu. Zacznijmy od Serbii:

Napatrzyłam się na takie flagi podczas festiwalu trębaczy w Guczy. Jakież było moje zdziwienie, gdy w ciężko doświadczonej przez Serbię Bośni i Hercegowinie (regiony Republiki Serbskiej) na piedestałach zobaczyłam następujące barwy:

K. zrobił mi kilka wykładów z historii Jugosławii, więc jakoś zdołałam przełknąć ten fakt.

Prawdziwy mindfuck zaczął się, gdy przekraczałam granicę Chorwacji:

... a potem Słowenii:


No a potem przypomniały mi się jeszcze kolory flag Słowacji, Czech i Rosji.

Dopiero podczas tego wyjazdu usłyszałam, że w szerokim świecie istnieje coś takiego jak kolory panslawizmu. 

... nawet to jestem w stanie przełknąć. Ale co w takim razie w poczcie bieli czerwieni i błękitu robi Francja, Holandia i Wielka Brytania?

W mojej głowie już zaczynają się układać pierwsze teorie na ten temat :)

sobota, 25 sierpnia 2012

Chyba powinnam założyć osobnego bloga o ludzkiej życzliwości. Tyle mnie jej spotyka, że uomatko.

Wróciłam z bałkańskich wojaży - niedługo pojawią się teksty :)

wtorek, 14 sierpnia 2012

Dorwalam sie na chwile do komputera i do internetu, wiec skrobne cos - niecos :)

Balkanskie wiatry zaniosly nas kilka dni temu do Czarnogory, gdzie obijamy sie wsrod niesamowitych krajobrazow, zwiedzalismy stolice (te trzy ulice na krzyz, znaczy ;) ) i probujemy lokalnych przysmakow. Teraz, swiezo wyjdziona z Adriatyku siedze w MEGAHIPSTERSKIM hostelu w Kotorze (taka openminded i alternative atmosfera, z zakladek lokalnego laptopa wieje genderem a na stoliku do bookcrossingu lezy ksiazka o tantrycznej jodze), a w zylach tetni mi rakija, ktora serwuje mi rozpoczynajacy dzis prace Czarnogorzanin.

Wczoraj w Podgoricy widzielismy wielka fieste narodowa z okazji zdobycia przez Czarnogore srebrnego medalu na olimpiadzie (pilka reczna chyba). Knajpy pekaly w szwach, z okien trabiacych samochodow wystawaly wielkie flagi, a gawiedz zgromadzila sie na zorganiozwanej w ciagu jednego dnia (!) fiescie. K mowi, ze ten medal zrobil dla Czarnogory wiecej niz 50 lat historii. Ja jestem wciaz oniemiala narodowa werwa i rozmachem. Robilam zdjecia jak oszalala (kilka zapewne wrzuce niedlugo na fejsika :) ), w oczach blyskaly mi ogniste barwy flag i koszulek, a w uszach trabily dzikie wrzaski, fajerwerki i spiewy.

Z rozmowy z babskiego kibla jednej z knajp z pewna podgoriczanka - Ten srebrny medal to dla nas naprawde cos niesamowitego... moze dla was to nic takiego ale dla nas to ogromne swieto.

Uwielbiam mlode narody! 

A poki co wracam zanurzac sie w hipsterskiej atmosferze. Rakija czeka. Ziveli! :)

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31