niedziela, 27 maja 2012

Znów przeglądam stare szkice notek i znalazłam jedną z września. Nie wiem czemu do tej pory jej nie opublikowałam. Z racji tego, że za nieco ponad miesiąc znów odbywam podobną wyprawę (i zapewne również będę chciała ją opisać, choć pod nieco innym kątem), publikuję teraz :)


 

- Jadę do Turyyyynu! Kupić ci coś?
- Szalik FC Torino jak znajdziesz. Pod żadnym pozorem nie bierz Juventusu!


Kolejny przestój w notkach - kolejne wakacyjne wyjaśnienie. Załapałam się na kilkudniowy wyjazd do Włoch, gdzie wraz z zespołem uczestniczyliśmy w Festiwalu Kultury Tradycyjnej. Miasto wypełnione było ludźmi tańczącymi tarantelle, oberki i tańce afro. Nigdy w całym swoim życiu nie widziałam jeszcze tak roztańczonej czeredy (nawet przypadkowi przechodnie zatrzymywali się w miejscu, gdzie prowadzone były warsztaty, poskakali chwilę z resztą, czasem nawet wyciągając nie wiedzieć skąd kastaniety, po czym szli dalej).

Etnomuzykologia, to temat, który gdzieś kiedyś liznęłam, ale dopiero niedawno zaczęłam domorośle zgłębiać. Nigdy nie interesowały mnie zbytnio tańce włoskie - uczestnictwo w festiwalu zmusiło mnie do dokształcenia się w tej dziedzinie. Wracam, głosząc ze zdumieniem, że chyba nic, jak kultura ludowa, nie oddaje w tak skondensowany i wymowny sposób charakteru i temperamentu narodu.

PIZZICA

By zatańczyć ten taniec, zainteresowani formują koło. Wewnątrz pojawia się pierwszy mężczyzna i zaprasza jedną z pań z koła do środka. Po chwili wspólnego tańczenia wracają do koła, a miejsce mężczyzny zajmuje kolejny... i historia się powtarza.

W tym tańcu urzeka mnie gra, która odbywa się między partnerami. Tańczący powinni patrzeć sobie w oczy (nie doświadczam tego w tańcach polskich i świdrujące spojrzenia Włochów bardzo mnie peszyły). Jak widać w filmiku - mężczyzna goni i próbuje "osaczyć" kokietującą kobietę. Niedozwolone jest jednak dotykanie się. Jedynym przedmiotem interakcji może stać się chusta. I tutaj dochodzimy do kolejnego fascynującego elementu Pizzici.

Partnerka w tańcu powinna obwiązać ją sobie wokół bioder (gdzieś słyszałam, że tylko panny mogą nią dysponować, ale nigdzie nie znalazłam potwierdzenia tej teorii). Symbol dziewictwa, czy nie - chusta przez dłuższą część tańca powinna oplatać biodra partnerki. Dopiero po jakimś czasie - gdy kawaler wpadnie w oko kobiecie - może ją zdjąć i trzymać w rękach przed oczami partnera (oczywiście pan bardzo chce złapać chustę, ta jednak co chwilę mu umyka).

Czy można wyobrazić sobie bardziej zmysłowy (mimo tego, że przecież jest tak skoczny i grzeczny) taniec? :)

TARANTELLA

W przerwie prowadzonych przez nas warsztatów oberka przeszłam kilka ulic dalej, na koncert miejscowego zespołu. Grano akurat tarantellę. Widziałam pary kroczące do rytmu wybijanego przez trzymane w rękach kastaniety. Próbowałam parę razy w życiu opanować tę sztukę (we Włoszech zna ją chyba każde dziecko), ale z marnymi skutkami. Na szczęście, z pomocą, kastanietami i neapolitańskim rodowodem (bo tarantella z Neapolu jest) przyszedł mi Włoch, którego chwilę temu uczyłam wywijać chołubce :) No to się pouczyłam i stukania, i tańczenia... najniesamowitszą jednak częścią Tarantelli jest jej pochodzenie.

Przekazy ludowe głoszą, że taniec ten wynaleziony został przez znudzone prozą statecznego życia kobiety. Gdy po raz kolejny dźwigały się znad garów, oznajmiały mężom, że właśnie ugryzła je tarantula. Taka kobieta niezwłocznie zaczynała odbywać opętańczy taniec, który miał trwać nawet parę dni.
Tarantellę - jako remedium na ukąszenia pająka - zalecali ponoć również miejscowi znachorzy.

Po kilkugodzinnych warsztatach tych tańców, byliśmy gotowi wywijać wraz z włoską gawiedzią przez kilka dni do późnej nocy, na improwizowanych potańcówkach, na ulicach nigdy nie zasypiającego miasta.

Po otrzymaniu takich lekcji stworzyliśmy własną wersję tańca - międzykulturową fuzję zwaną "taranberkiem". Spodobał się naszym Włochom :)


Obserwując wszystkie te kulturowe nowości, nie mogłam nie ulec jednak wrażeniu, że pomimo całej żywiołowości i emocjonalności tańców i śpiewów włoskich, nie poruszają mnie one tak, jak Włochów. Nie rozumiem ich tak dobrze, jak oni. Tak samo Włosi zdają się nie czuć piękna słowiańskich pieśni w sposób, w jaki my go czujemy. Nie ma w nich ognistości właściwej ich ludowości, a meandry znaczeń i wzruszeń, które intuicyjnie wychwytuje Polak, słysząc rodzime pieśni, są dla nich tajemnicą. Jakie tajemnice skryli przede mną w swych tańcach i przyśpiewkach Włosi?


- Szalik proszę.
- Juventus?
- Nie, nie... to drugie...
Kupiłam i opuściłam w pośpiechu sklep, odprowadzana pełnymi niechęci spojrzeniami kupujących.

sobota, 26 maja 2012

Pamiętacie jak pisałam o Nowej Alternatywie? Że prawicowa, że wkurwiona i że walcząca. Pisałam też później o ich braku pijaru. No bo jak powszechnie słyszy się "prawica" i ma się do tego dopasować podkład muzyczny, to wybiera się albo "Sanhedryn zła" zespołu Honor, albo ewentualnie "Legiony".

To ja wam powiem, że trzeba powoli zmieniać przyzwyczajenia. Przedstawiam Rap Addix :)

I da się grzeczniej? Da się?

środa, 23 maja 2012

Kolejna część cyklu "Świętość profana" - OBCY

Wyobraźmy sobie osadzone gdzieś na końcu świata sioło. Jego mieszkańcy jeszcze długo nie poznają elektryczności, może kilku tamtejszych mędrców potrafi wydukać parę słów z książeczki do modlenia, a jedynym miejscem, do którego zapuszczają się mieszkańcy – prócz okolicznych wsi – jest targ w najbliższym miasteczku. Panny wydawane są za miejscowych kawalerów, ksiądz przyjeżdża co niedzielę z pobliskiej parafii, a nauczyciel, jeśli w ogóle jest, mieszka w jednej z izb potencjalnej dwuizbowej szkoły. Taką społeczność nazywamy społecznością zamkniętą. Jej mieszkańcy są w miarę samowystarczalni, żyją według tych samych zasad, nie dokonują też żadnych – broń Boże! – kulturowych eksploracji. Wyobraźmy sobie teraz, że do takiego zabitego dechami miejsca przychodzi pewnego dnia dziad, zajeżdżają Cyganie albo jakiś Żyd postanawia otworzyć sklep lub karczmę. Przybysz „z zewnątrz” – słowem. Jak  odnoszą się do takiej osoby mieszkańcy?

Zapraszam :)

sobota, 12 maja 2012

Szczyt desperacji

Gdy, w celu odwleczenia obowiązkowej nauki, zaglądam nawet na swojego bloga, żeby sprawdzić, czy nie ma nowej notki.

poniedziałek, 07 maja 2012

Czemu aż do Poznania? – spytał wiozący nas z Krakowa, złapany na stopa, kierowca.
Jedziemy na konwent – odpowiadamy.
Na co jedziecie?
Konwent… Zjazd miłośników fantastyki.
A co to takiego?
Fantastyka… Smoki, elfy i miecze świetlne.
Acha… no, każdy ma jakieś zainteresowania – rzucił trochę zmieszany. – Moja córka ogląda taką bajkę o smokach. Bardzo jej się podoba.

Na QFancie pojawiła się moja "nieco" spóźniona relacja z Pyrkonu. Zapraszam :)

Wszelkiej maści grami logicznymi zajmuję się od małego. Zaczynałam od krzyżówek, w gimnazjum odkryłam Sudoku, a jakieś trzy lata temu - obrazki logiczne. W Polsce niewiele jeszcze się o nich słyszy i wciąż mamy tylko jedno wydawnictwo zajmujące się drukowaniem owych (w dodatku niełatwo się na ich książeczki natknąć w kioskach). Dzisiaj więc kilka słów o niesamowitych grach, bez których nie wyobrażam sobie większości wykładów, czy - jeśli mowa o ich wersjach elektronicznych - oglądania seriali.
niedziela, 06 maja 2012

Weekend majowy minął mi szybko i teraz, gdy wypisałam sobie listę zadań na następny tydzień wyszło mi tego dwie strony w zeszycie. Jak to mawiał pewien Murzyn z filmiku na youtube: "Zapierdalać trzeba".

Nie wiem jak będzie z tekstami, bo chętnie bym popisała, ale wiem, że mam milion innych rzeczy na głowie, więc się może powstrzymam :) Póki co kilka fotek związanych z obserwacjami poczynionymi w Bańskiej Bystrzycy.

Przede wszystkim: silnie propagująca się lewica (Słyszałam, że Słowacja to kraj światopoglądowych kontrastów. Jak lewak, to komuch i gej, a jak prawak, to nacjonalista).

Takie to plakaty wisiały po całym mieście, nie spotykając się ze zbytnim sprzeciwem miejscowych (u nas na instytutowej tablicy ogłoszeniowej wieszane są cyklicznie plakaty Federacji Anarchistycznej i cyklicznie też zauważam ich nagłe znikanie). Szkoda, że nie mają tam żadnej światopoglądowej konkurencji. Zawsze o wiele ciekawiej ogląda się ożywione naścienne dyskusje miejscowych działaczy.

A jeszcze a propos lewicy: ciekawostka, która w Polsce byłaby nie do pomyślenia - pomnik poległych żołnierzy Armii Czerwonej.

Jeszcze mała ilustracja tamtejszego krajobrazu. Słowackie miasto, to po prostu kupka bloków wciśniętych w dolinkę między górami:

Mój komentarz: Boziu, ale przytłaczające...
Komentarz K.: Zajebiście! Przynajmniej młodzież ma gdzie chlać w plenerze.

Polecam wszystkim zwiedzającym przejście się do Spanii Doliny oraz przejechać do zamku w Oravie (choć trzeba tam przetrwać obowiązkowe, dwugodzinne wędrówki z przewodnikiem z przekory mówiącym po Słowacku). Nie chcę psuć wrażenia swoimi nieudolnymi zdjęciami, więc wrzucam bardziej profesjonalne google grafiki ;)

Jeszcze ostatnia fotka. Mam dziwny zwyczaj wchodzenia do obcokrajowych księgarnii. Choćbym nie rozumiała języka ni w ząb, zawsze, mijając witrynę z wystawionymi książkami, muszę wejść i przejść się wzdłuż półek. Poczyniliśmy też niejakie eksploracje: Słowacy nie mają na swych półkach Pieśni Lodu i Ognia (mimo relatywnie pokaźnego zbioru fantastyki), za to dysponują Trylogią Husycką Sapkowskiego i "Achają" Ziemiańskiego. Zrobiłam nawet zdjęcie, bo już nie mogę patrzeć na okładki Fabryki Słów :)

 

 

Wiele jest rzeczy, o których chciałabym w związku z moją majówką napisać. Nie wróżę sobie jednak szybkiego ogarnięcia innych spraw, więc tylko ponotowałam najważniejsze punkty i pozwalam im leżeć w notatniczku, czekając na lepsze czasy.

Ps. Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym to właśnie teraz pisała najczęściej. Wszystkie formy zajmowania się czym innym, niż nauka są teraz w cenie.

środa, 02 maja 2012

Dzis krotko, bo nie lubie pisac na obcokrajowych klawiaturach.

Siedze sobie na Slowacji i jest kilka rzeczy, o ktorych chcialabym napisac.

O nich jak przyjade. POZDROWIENIA

sobota, 28 kwietnia 2012

Konferencje naukowe są dla naukowców tym, czym sanatorium dla spragnionych życia emerytów :) Po trzech dniach karmienia się darmowym żarciem, multidyscyplinarnych rozmów na ociekające intertekstualnością tematy (dyskurs pijanego w ujęciu postkolonialnym, poststrukturalna dekonstrukcja narratywizmu defloracyjnego, opis rozrzedzony kupy), spania po kilka godzin i okazjonalnego pojawiania się na prelekcjach i warsztatach, wracam do codzienności. Com widziała i com słyszała nie omieszkam zanotować tutaj. Ale zrobię to dopiero jutro albo po weekendzie.

Do zo! :)


Do tej pory nie udzielałam się w konferencyjnym życiu naszej uczelni. Raz wpadłam na jedną, posłuchać referatu koleżanki, innym razem pomagałam ogarniać catering, pełniąc rolę "przynieś, wynieś, wytłumacz po angielsku jak obsługiwać termos z kawą" i od czasu do czasu zaglądając do sali prelekcyjnej, gdzie profesorowie z całego świata oczarowywali mnie swą erudycją i doświadczeniem. Niemal za każdym razem, gdy klaskałam po zakończeniu tego, czy innego referatu zastanawiałam się, ile lat wdychania kurzu z książek i praktycznych doświadczeń w terenie potrzeba, by później stanąć na dwadzieścia minut przed innymi, sobie podobnymi, i opowiadać im w tak nieprzyzwoitym skrócie o tym, czemu poświęciło się całe swoje życie. Nie sądziłam, że sama tak szybko będę mogła wrzucić swoje trzy grosze do naukowego wywaru tworzonego przez tak - jak sądziłam - szacowne grono. Zmieniłam zdanie, gdy pojechałam na konferencję studencką.

Podejmując wątek studenckiego sanatorium - muszę stwierdzić, że konferencje studenckie, to świetne rozwiązanie dla tych, którzy wykorzystali już limit nieobecności na zajęciach, nie mają wiele pieniędzy na podróże, czy jedzenie i lubią podbudowywać sobie ego przebywaniem wśród naukowej śmietanki swojej dyscypliny (a przynajmniej chcących nią się stać) - uczestnictwem w eventach skupiających znudzonych doktorantów i studenciaków aspirujących do stania się kolejnym pokoleniem owych. A wszystko to  na wyciągnięcie ręki: wystarczy umieć zrobić dziesięć slajdów prezentacji, napisać trzy lakoniczne strony o wlepkach i napisach na murach i wygenerować bibliografię zawierającą tak wyrytą na pierwszym roku klasykę dyscypliny, jak i teksty współczesnych szych, gdzie bibliografia stanowi 1/3 całości książki (śmiem twierdzić, że takie istnieją po to tylko, by samymi stać się przypisami w  innych, obładowanych cytatami pracach, które z kolei powstają tylko po to, by posłużyć innym jako kolejny przypis... no i przy okazji przysporzyć ich twórcy kolejnych kilku literek przed nazwiskiem). W przypadku konieczności wygłoszenia referatu po angielsku - bardziej ambitni rzeczywiście zaczynają nim operować, a ci mniej - dukają z kartek lub mówią w językach ojczystych ignorując rozdziawione paszcze obcokrajowców.

Podjęto nas w iście bizantyjskim (jak na studenckie warunki) stylu. Noclegi, wycieczki, imprezy, jedzenie, fanty... Gdyby nie to, że większość prelekcji zostało napisane na kolanie, a kilka z nich było naprawdę żenujące ("stereotypy są złe!', "Wschodnia Europa to co innego niż Zachód! Trzeba sobie z tego zdać sprawę podczas badań... ale nie powiem wam na czym polegają różnice", "aj... łołuld lajk... tu tolk... abołd... varjołus iszjues..." itp.), to wyjechałabym stamtąd zupełnie ukontentowana. Od wyższych stażem dowiedziałam się, że to tak wygląda w zasadzie zawsze i że należy to traktować bardziej, jako wieczorki zapoznawcze dla młodszych reprezentantów dyscypliny. Nie chodzi o zawartość merytoryczną studenckich referatów (choć jakieś 30-40% z nich były w porządku), a o to, by przez trzy dni rozbijać się po mieście, chlać na umór i korzystać z dobrodziejstw finansującej wszystko uczelni.

No to korzystałam i bawiłam się bardzo dobrze... ale mimo wszystko w mojej głowie po raz kolejny runął obraz ambitnego adepta ukochanej przez siebie nauki i pozostał tylko niesmak... Całe szczęście, że przynajmniej rozmowy w kuluarach potrafiły być rozwijające.

EDIT. No tak. Co za niedopatrzenie! Nie wrzuciłam motywu przewodniego wyjazdu. Niewątpliwie jest godny wrzucenia. 


wtorek, 10 kwietnia 2012

Miasto Studentów każe płacić sobie wysoką cenę, za prestiż uczelni. Kandydatka na studia stawiana jest przed ważnym życiowym wyborem: ładna albo mądra.

Od dawna wiedziałam, że krakowskim powietrzem można by gazować skunksy, a wodą podlewać kwiatki w Czarnobylu. Bycie dermatologiem w Krakowie, znaczy obsługiwać rzesze, zdziwionych swoją nagłą watahą pryszczy, przyjezdnych studentów. W zeszłym roku sama - jak nigdy wcześniej nie używałam balsamów - musiałam zacząć natłuszczać napiętą skórę. Tydzień temu ze zgrozą odkryłam kolejne, po przesuszonej skórze i włosach, pryszczach i okazjonalnych wysypkach, objawy codziennego szorowania się skażoną, miejską wodą.

JA MAM ZMARSZCZKI!

Czoło pobruździło mi się kilkoma widocznymi załamaniami, a wokół ust formować zaczęły się niebezpiecznie pagórki. Skóra straciła elastyczność i nabrała ziemistego koloru. Jak by tu się nie obrócić, jakie by tu światło nie ustawić - zmiana była widoczna. 
Przyszedł czas na kontemplację minionej młodości - przeglądanie zdjęć niegdyś porcelanowej cery, rachunek sumienia, rozpamiętywanie i skruchę nad dawnymi przewinieniami oraz użalanie się nad przewinieniami niedokonanymi, których realizacja odpłynęła wraz z wiosną mojego życia. Wszystko to trwało do świąt.

A na święta wyjechałam na wieś, gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała... Tam to, wśród najbliższej rodziny i okolicznych zwierząt, spędziłam kilka dni, a moja skóra przez dwa i pół dnia nie zaznała ni wody, ni mydła (no, może prócz najbardziej strategicznych miejsc). Gdy trzeciego dnia wzięłam prysznic (szare mydło ofc) - w lustrze znów zobaczyłam ciało dwudziestolatki.  Skóra była świeża, napięta i nawilżona. Włosy, może nie w szczytowej formie, lecz miękkie i puszyste. Wielkanocny, rezurekcyjny cud, czy inny pieron? Wczoraj wróciłam do Krakowa i boleję nad nieuchronnością czekającego mnie losu. I, póki co, bez konkluzji, zadaję sobie pytanie:

Myć, czy nie myć?.

23:18, ceress , INNE
Link Komentarze (4) »
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31