piątek, 20 lipca 2012

Ktoś kiedyś na facebooku wrzucił artykuł z Feminoteki. Jako że zawsze z zapałem śledzę wszelkie feministyczne akcje nie odmówiłam sobie kliknięcia. Nie wiem już teraz dokładnie, który tekst czytałam, ale wszystkie z "przemocą" w tytule mówią o tym samym. Kobiety: a) wciąż są słabszą płcią, b) potulnie przyjmują kolejne ciosy, c) świat przekonuje je, że powinny całować pięść, która łamie im kości i że cała ta przemoc to na pewno ich wina... By poczuć temat polecam poczytać ten tekst...

... i obejrzeć spot:

Po raz kolejny poczułam się dyskryminowana. Po raz kolejny traktuje się mnie jak bezrozumne dziecko lub podrzędne względem mężczyzny stworzenie (co jest śmieszne, bo przecież feministki programowo zwalczają takie podrzędności). Nie słyszałam nigdy o kampanii społecznej walczącej z przemocą kobiet wobec mężczyzn (a tę obserwuję znacznie częściej... planuję poruszyć ten temat w przyszłej notce). Ale po kolei.

Kobiety walczące zdają się nie pojmować, że czasy wymagające walki już dawno się skończyły. Teraz nie dość, że chcą bawić się w inżynierów społecznych (a takie eksperymenty nigdy nie wychodziły społeczeństwu na dobre) to jeszcze nie zauważają, że ich wróg już dawno szczezł w kącie historii. Posługując się wydumanymi statystykami (jak na przykład zmierzyć ile procent kobiet godzi się na przemoc domową?) biją na alarm w swoich rojach i zacietrzewione rwą włosy z głowy. No aż ciśnie się na usta znane i lubiane powiedzenie, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije.

Świadomość społeczeństwa wzrosła. Mimo tej świadomości, uświadomionej wciąż pozostaje wolna wola i możliwość wyboru swojej drogi. Teraz uderzona kobieta z reguły nie wraca potulnie do garów, ale ucina kontakt ze swoim oprawcą, po czym idzie zrobić sobie obdukcję. Jeśli jednak tak się nie dzieje i skrzywdzona woli łkać cicho w kącie, a koleżankom wmawiać że spadła ze schodów, to ma do tego święte prawo! To się nazywa: wolność osobista. Feministki chcąc zmusić płeć słabszą do bezwzględnego posłuszeństwa wobec innej tym razem instytucji, przeczą swoim ideologiom, a stare stereotypy zastępują nowymi. Walcząc ze zniewoleniem same zniewalają.

O czyjeś prawa rozsądnie jest walczyć wtedy, gdy ten ktoś jest ich pozbawiony. Mamy w Polsce prawo dotyczące przemocy i swoim zakresem obejmuje obie płcie. Chcąc stworzyć specjalną rubrykę "dla kobiet", walczące o równość strzelają sobie w stopę. Specjalnych praw potrzebują osoby niedorozwinięte i słabe. Jako kobieta mająca się za dojrzałą społecznie jednostkę protestuję przeciwko traktowaniu mnie jak głupie bezbronne dziecko. Protestuję również przeciwko usilnemu upodrzędnianiu mnie przez współczesne emancypantki. W całym swoim życiu dyskryminowana czułam się tylko raz (podręcznikowy przykład zakładania, że z babą nie ma co dyskutować) i nawet wtedy dziękowałam Bogu, że ten człowiek nie został jeszcze zindoktrynowany przez wojujące wyrównujące. To zdarzenie dało mi do zrozumienia, że mamy jeszcze na świecie umysły niezniewolone przez modne ideologie. Ja przecież nie muszę się z nim zgadzać, bo również jestem wolna. Nie muszę podobnym delikwentom również niczego udowadniać. I to właśnie jest piękne w wolności.


Oczywiście, wszelkiej niechcianej przemocy mówimy: NIE!

piątek, 13 lipca 2012

W poprzedniej notce pisałam już o mysterium fascinosum. Czas na mysterium tremendum.

Tańczę już od kilku dni. Biodra przeklinają mnie z każdym kolejnym podskokiem, łydki twardnieją boleśnie, gdy po raz kolejny pląsam na palcach, a ręce drętwieją od postukiwania kastanietami. Kolejna pizzica zwala mnie z nóg. Opadam na bruk i piję chciwie wodę z zespołowej butelki. Grająca grupa mówi coś po włosku, czym wzbudza powszechne oklaski i klekot kastaniet. Nie zwracam na to uwagi i kładę się wśród innych wyczerpanych starając się uspokoić oddech. Do moich uszu dociera rytm ćwiczonej dziś przeze mnie tammurriaty.

Cała widownia jak jeden mąż wystukuje rytm. Rękami, nogami... ziemia drży pode mną tak, że mam wrażenie, że zaraz wybuchnie. Plac szybko wypełnia się nowymi tańczącymi parami. Otwieram oczy i staram się ustabilizować wirujący obraz. Jakaś kobieta właśnie obróciła się zamaszyście w odpowiedzi na ruch partnera. Kraj sukienki omiótł czerwoną smugą moją twarz. Do uszu dociera melodia - śpiewają wszyscy wokół mnie. Siadam i po chwili walki z własnym błędnikiem zaintrygowana pytam siedzącego obok Włocha, o czym jest ta piosenka.
- O wulkanie - uśmiecha się - Niech kobiety i mężczyźni tańczą razem i niech nie gniewają Wezuwiusza.
Patrzę na otaczających mnie tancerzy.

Krążą wokół siebie jak dwie planety. Kroki stają się tym szersze, im bardziej pochylają się ku sobie. Nikt nikogo nie dotyka - wystarczą świdrujące się wzajemnie spojrzenia. W głowie huczą mi słowa:

Niech kobiety i mężczyźni tańczą razem i niech nie gniewają Wezuwiusza.

Pociągam jeszcze łyk wody. Raz - dwa, raz - dwa. - dudni mi w głowie - Gdzie podziałam te kastaniety? Raz - dwa, raz - dwa... Mam, mam. Raz - dwa, raz - dwa. Jak puls z głębi ziemi - wstaję, ciągnę za rękę siedzącego obok Włocha i mimo bólu nóg wychodzę do tańczących. Nie można siedzieć, gdy budzi się Wezuwiusz.

Tył - dostaw, przód - dostaw, zmiana kierunku. - do tej pory nie tańczyłam tammurriaty z taką pasją i z takim lękiem. Uważnie obserwuję ruchy partnera i innych tańczących. Synchronizuję ruchy bijących w kastaniety dłoni i nóg. Raz - dwa, raz - dwa, bok - dostaw, bok - dostaw, obrót - obrót, a teraz obracamy się ramię w ramię. Wzrok mojego partnera wwierca mi się w oczy. Nie mogę mrugać, nie mogę wybić się ze wspólnego rytmu. Resztki sił walczą o wyrwanie się z tego uścisku. Nadaremnie - w taki sposób Włosi w swych bezdotykowych tańcach osiągają tak ognistą intymność - raz - dwa, raz - dwa, coraz szybciej, coraz szybciej... Nadciąga coś wielkiego.

Niech kobiety i mężczyźni tańczą razem i niech nie gniewają Wezuwiusza.

Mój Włoch uśmiecha się, ale już nie do mnie. Patrzy mi w oczy, ale mnie nie widzi. Zbliża się do mnie, oddala, zbliża, oddala. Przyspiesza kroku i obraca. Śpiewa razem z innymi. Krążymy tak wspólnie wokół naszej axis mundi. Oplata mnie dźwięk i rytm wybijany przez moje kastaniety.

Niech kobiety i mężczyźni tańczą razem i niech nie gniewają Wezuwiusza.

Nie gniewaj się Wezuwiuszu! Tańczę dla ciebie! Obrót - dostaw, obrót - dostaw, raz - dwa, raz - dwa.

Sukienka oplata mi nogi za każdym razem, gdy zwalniam kroku. - Nie zwalniaj. Niech wiruje. Raz - dwa, raz - dwa. - Bębny przestają bić, kobieta śpiewa sama. Mój Włoch zatrzymuje się nagle i zbliżając się do mnie bije kastanietami. Robię to samo. Czuję jak kosmos tkany przez tę niezrozumiałą pieśń zamyka się między naszymi wybijającymi rytm dłońmi. Trwaj chwilo, jesteś tak piękna. Uważnie słucham nieubłaganie równego rytmu. Przystają wszyscy wokół. Kastaniety skaczą w rękach jak oszalałe...

RAZ - RAZ. Po wszystkim. Oklaski.

Zapadam się we wrzącą otchłań.


Następne pięć minut spędziłam chłodząc żar i strach w ulicznej fontannie.

czwartek, 12 lipca 2012

Malowanie słowami jest takie trudne... Zwłaszcza, gdy ręka trzęsie się od świeżo przeżytej emocji, a słowa i naprędce sporządzone szkice zlewają się w trudną do rozczytania plamę. Trzęsąca ręka zapisała kilka takich rozedrganych strofek na kolanie w notatniczku, który towarzyszył jej w Turynie, a teraz pewne już ręce muszą prześlizgiwać się po klawiszach tak, by opisać dawno już przeżyte emocje. Czy na darmo? Był ciepły wieczór...

Na pewnym nagrzanym włoskim placu porozstawiano okalające scenę krzesła. Za chwilę miał zacząć się występ grupy z Burkina Faso. Usiadłam na ziemi między zapełnionymi rzędami i wsparłam zmęczoną upałami i niedospaniem głowę na rękach. Usłyszałam oklaski. Otworzyłam oczy i wychynęłam zza krzeseł.

Stał pośród płonących pochodni. Czarny jak heban, choć posypany białym proszkiem. Bęben miarowo nadawał rytm. Ciało stojącego drgało przy każdym uderzeniu. Coraz szybciej, coraz szybciej...

Błysk. Dziwne świecidełko na nadgarstku tańczącego lśni w świetle ogni. Z początku tancerz wyraźnie dba o dokładność swoich ruchów, śledzi rytmy nadawane przez bębniarza. Skoki i wyrzuty rąk pulsują zgodnie z oczekiwaniami patrzącego. Po jakimś czasie zamyka oczy, jego ruchy stają się bardziej niedbałe, chaotyczne. To on jest centrum, nie bęben. Wiruje, skacze, opada, przykuca, klaszcze... Wchodzi kobieta. Kosmos zamiera.

Do miarowego rytmu wielkiego bębna dołącza szybki bębenek. Kobieta poowijana w chusty śpiewa (a może skanduje) dziką pieśń. Nie czeka na wybrzmienie oklasków - rzuca się w wir tańca. Spóźnione bębny wybijają szybko zmieniające się ruchy. Wkrótce dołącza mężczyzna. Oboje tańczą tak niedbale i tak pięknie, że wkrótce synchronizuje się z nimi mój puls. - Każdy taniec opowiada jakąś historię - przypominają mi się słowa prowadzącego wczorajsze warsztaty takich tańców. O czym mówi ten dziki taniec? Przed oczami staje mi tysiące obrazów. Od polowania, przez zaloty, po żałobny lament. Analizuję pojawiający się w żołądku ucisk - A więc tak, panie Otto, wygląda mysterium fascinosum. Kobiecie wyraźnie przeszkadza długa suknia. Przy obrotach podrywa ją do góry. To śmieje się, to warczy. Jeden z bębniarzy nie wytrzymuje i wyskakuje między tańczących i zaczyna wirować razem z nimi. Nagle zwalniają...

... a na scenę wkraczają uczniowie szkoły tańca. Biali.

Nie wiem, czy to tylko moje wyobrażenia kulturowe, ale miałam wrażenie, że oto z pełnego tajemnej mocy kumulatora many, taniec stał się zajęciami fitness. Uśmiechnięte białasy niczym na stepperze prezentowali kolejne figury. Podobnie jak wielbiciele jogi trenujący ją tylko po to, by móc założyć sobie nogi na kark, ci tribalowcy obrócili wniwecz całą tajemnicę. Jeszcze otrzymali za to brawa...

A ja niepewna jeszcze swojego stosunku do tego, co zobaczyłam, podczołgałam się pod stojący nieopodal pomnik, a pod zamkniętymi powiekami wciąż wrzał mi obraz nieodgadnionego.

wtorek, 10 lipca 2012

Mój pobyt w Turynie trwał zdecydowanie za krótko! Po raz drugi wraz z zespołem uczestniczyłam w Rete Italiana di Cultura Popolare. Po raz drugi na brukowanych placach Piemontu śpiewałam do zdarcia gardła, tańczyłam boso mimo odcisków i trzęsących się ze zmęczenia nóg i do brzasku uczyłam się włoskich ballad od nowych znajomych popijając je winem w hotelowym pokoju (mimo że godziny śniadań i prowadzonych warsztatów kazały nam wstawać przed dziewiątą). Cały czas żałowałam, że nie zainwestowałam w netbooka, bo wielokrotnie chciałam skrobnąć choćby króciutką notkę, a miałam do dyspozycji tylko ostatnie strony w kajeciku. Czas więc na wielkie przepisywanie! :)

Wszyscy widzieliśmy filmik pana Bruno Bozzetto (jak nie widzieliśmy to zobaczmy). W wyniku obcowania naszej polskiej grupy z przedstawicielami włoskiego gatunku wzbogaciliśmy treść filmiku o kilka wymownych anegdotek :)

1) Wydarzenie z jednej z posiadów z zaprzyjaźnionym sycylijskim zespołem. Nasz P. przynosi owoce.
- Figa - P. pokazuje go Sycylijczykowi - tak na to mówicie?
Po salwach śmiechu ktoś tłumaczy, że owoc nazywa się fico (przy okazji: słowo stosuje się również do nazywania mężczyzn "ciachami"), a figa to żeński układ rozrodczy.
- Konkludując - wtrąca ktoś z naszych - każdy facet chciałby być nazwany fico, ale żaden figa.
Czas mija nam wesoło przy śpiewie i winie. Po pewnym czasie, gdy nalewam napój do kubków swój podaje mi Ci., który chcąc poprosić o dolewkę z dumą zaprezentował nowonabyte umiejętności językowe:
-Ania, daj mi picz! 

2) Gdy umawiasz się z Włochem na jakąś godzinę, możesz być pewien, że nie wyjdzie on z domu przed jej wybiciem. Dotyczy to nie tylko prywatnych spotkań, ale również publicznych wydarzeń. W zeszłym roku bardzo ciężko było mi się do tego przyzwyczaić i często na spotkania chodziłam podirytowana. W tym roku zdołałam się tak zaaklimatyzować, że - chcąc wpaść na koncert znajomych Włochów odbywający się o 10:30 - przyszłyśmy na niego z A. trochę przed 12 (a ten, oczywiście, dopiero się zaczynał).
Włoszczyzna w naszych polskich głowach rozprzestrzeniła się tak bardzo, że wczoraj, gdy spieszyliśmy się na autobus z Mediolanu do Bergamo, wpadliśmy jeszcze po drodze na kawę.

3) W łamańcach językowych nie masz cwaniaka nad Polaka! Włoskie frazy powtarzaliśmy w ekspresowym tempie, a tamtych uczyliśmy wymowy słowa "chrząszcz" przez cały czas trwania obiadu.

4) Kobieto! Jeśli czujesz się brzydka, stara i paskudna - jedź do Włoch! Nie trzeba Petrarki, żeby poczuć się muzą.
- Bella... - powiedzą ci rozmarzeni patrząc głęboko w oczy. Aż ma się ochotę wyrwać kłaki tej suce, która zwróci ich natchniony zachwyt w swoją stronę kilka kroków dalej! :)


5) Jeśli na ulicy słyszysz mnóstwo trąbiących samochodów, to nie znaczy, że dzieje się coś nietypowego. Kierowca w ten sposób pozdrawia mijanego znajomego (z którym oczywiście ucina sobie pogawędkę na środku drogi), obtrąbuje mijane panienki, czy informuje okolicę o swoim istnieniu.

Ach, no i sygnalizacja świetlna, to tylko wskazówka, nic zobowiązującego.

Te i inne kurioza padły ofiarą mojej uwagi :) Ale jakże nie wybaczyć ich Włochom, skoro potrafią grać takie rzeczy?

(więcej: tutaj)

(klik tutaj)

O muzyce, przeżyciach i innych obserwacjach w kolejnych notkach. Dodatkowo, na facebooku tego bloga pojawią się bonusowe rzeczy z wyjazdu, które nie zmieściły się do podanych wyżej kategorii.

sobota, 30 czerwca 2012

Po bezsennym miesiącu zaliczeń i sesji wracam z tarczą do domu.

- Tym pociągiem to się minister infrastruktury powinien przejechać! Skandal, że musimy jeszcze kupować bilety!

Pan siedzący niedaleko miał sporo racji. Pociąg był przepełniony i tak obrzydliwie nagrzany, że wkrótce przestrzeń wypełniła się aromatem naszego potu.

Zadowolona zajęłam jedno z ostatnich miejsc.  Niedługo przyszło mi się nim jednak cieszyć - do przedziału weszła pani trochę już posunięta w latach, położyła bagaż i grzecznie oparła się o siedzenia. Rozglądam się - wokół sporo siedzących mężczyzn, a wśród nich kilku studenciaków. Pokręciłam się chwilę niespokojnie, a gdy zobaczyłam, że żaden nie kwapi się ustąpić - wstałam i bez słowa usiadłam w przejściu na swojej torbie (naprawdę nie wiem, czemu ludzie w pociągach wolą stać, niż sobie usiąść na podłodze) zwalniając miejsce i z powrotem zatopiłam się w lekturze. Pani podziękowała i usiadła.

Bardzo oburza mnie zachowanie dzisiejszych panów, którym nie przeszkadza siedzenie przy stojących paniach oraz zachowanie pań i panów, którym nie przeszkadza siedzenie przy starszych,  niepełnosprawnych, ciężarnych itp. (kolejność ustępowania - zgodnie z podaną na obrazku hierarchią). Gdy pytam o przyczyny takiego zachowania najczęściej słyszę jedną z trzech wymówek:

a) No co? Równouprawnienia przecież chciałyście!
b) Oferowałem miejsce, ale babcia nie chciała usiąść, to nie będę się przecież dopraszał.
c) Jak chciałem kiedyś ustąpić miejsca pewnej pani pod pięćdziesiątkę, to mnie ofukała, że sugeruję, że jest stara.

Nad pierwszym punktem nie będę strzępić języka, bo to chyba przypadek beznadziejny.

Co do kolejnej wymówki - pochodzi ona z takiego samego źródła, co ta pierwsza, bo wynika z podobnych wygodnickich motywacji. Zresztą, chęć ustąpienia miejsca nie powinna pochodzić tylko z przeświadczenia, że ktoś jest słabszy (a skoro ten ktoś twierdzi, że nie jest słaby, to nie ma co się nim przejmować) - prawdziwy mężczyzna nie siedzi, gdy stoi kobieta (lub osoba stojąca wyżej na podanej drabinie ustępowania). Nigdy. To powinna być sprawa honoru, nie racjonalnych pobudek. Jeśli, drogi mężczyzno, nie czujesz się źle, gdy siedzisz podczas gdy niewiasta stoi, to znaczy, że coś z tobą jest nie tak. Droga kobieto - jeśli widok chwiejącej się na nogach babci nie sprawia, że automatycznie prostują ci się kolana, to chyba ktoś nie pojął w dzieciństwie ważnej lekcji.

Zresztą, w szczerość intencji tej grupy nie chce mi się zbytnio wierzyć. Tylko wyjątkowo bezczelna lub wyjątkowo połamana osoba skorzysta z takiej oferty (to bardzo wygodne dla siedzącego, bo oczyszcza swoje sumienie, a przy okazji nie zwalnia miejsca). A to wiąże się poniekąd z kolejnym punktem: 


Gdy ktoś ustępuje komuś miejsca, to zamiast: "Proszę sobie usiąść, ja postoję" słyszę "Spójrz na mnie! Ale jestem spoko!" lub "Jesteś tylko słabą kobietą, więc ci ustąpię. Znaj łaskę pana". Wyglądają jak gwiazdy publicznie oddające się bezinteresownej pomocy bliźniemu. Takich skojarzeń można uniknąć po prostu wstając i odchodząc od zajmowanego miejsca. Cel zostanie osiągnięty bezboleśnie i żadna pani po czterdziestce nie zostanie urażona. Oczywiście, istnieje wtedy ryzyko, że miejsce zajmie ktoś inny (i zdarzyło mi się to kilkakrotnie) - to jednak jest już sprawa niewychowanego lub nieuważnego podsiadającego, a nie nasza.

Czasem więc najlepiej po prostu nie siadać :)

czwartek, 21 czerwca 2012

Siedzimy z So w jadłodajni. W zasadzie nie chce mi się jeść, ale zamawiam coś, żeby nie siedzieć bezczynnie (zresztą - dobre ruskie zawsze w cenie). So, odmawiając częstowania się, umiera z głodu.
- No bo wiesz - filozoficznie zataczam krąg widelcem z nabitym nań pierogiem - ostatnio zdałam sobie sprawę, że wkraczam w wiek, w którym macierzyństwo nie jest już społecznie potępiane - ładuję pieroga do ust - trofe mnie to pferaziło.
- Mhm -
So kręci się na krześle - Takie życie. Przyzwyczaisz się do tej myśli. Co ja mam powiedzieć? Myślisz, że ten kelner niesie moje naleśniki?
- Nie, widzę surówkę -
kolejna część pieroga parzy mnie w język. Wciągam mocno powietrze - Tak sobie myślałam, że w zasadzie niedługo czeka mnie wiek, w którym posiadanie dziecka będzie społecznie oczekiwane. Ledwo zdałam sobie sprawę z wiosny mojego życia, a już wkraczam w lato. To dopiero...
- Dobra, to trwa za długo. Ten już musi je mieć... Ma pan może moje naleśniki? Ekhm... naleśniki, naleś... Nie słyszy mnie.
- Ale czy ciebie to nie deprymuje? Rodzimy się tylko po to, żeby urodzić kolejne pokolenia rodzących. Nawet nie dadzą się nam nacieszyć...
- SĄ! MAM! SMACZNEGO!
- Po chwili jedzenia w ciszy - Coś mówiłaś?

 

- No, i jak już otworzymy tę knajpę, to mogę się zająć w niej...
- Czym ty się chcesz zajmować? Ja będę przynosił do domu pieniądze. Ty będziesz siedzieć w domu z piątką dzieci.
- Ale ja chcę się samorealizować... Zawsze chciałam być cycatą karczmareczką!
- Spoko, masz czas na samorealizację do dwudziestego czwartego roku życia. Potem, hajda do garów!

No to nie tracę czasu i się samorealizuję. Póki co nad książkami. Do zobaczenia w lepszych czasach!




wtorek, 12 czerwca 2012

NOWY EKRAN

pisze o dwóch osobliwych plakatach wywieszonych przed marszem we Wrocławiu i w Warszawie. Ambiwalentne nastroje Polaków wyglądały następująco:

Co do przekreślonego sierpa i młota wywieszonego na wrocławskiej Sky Tower wzruszyła mnie wiadomość: "Flagę z przekreślonym sierpem i młotem na wieży Sky Tower zawiesili niezidentyfikowani sprawcy Około godziny 4 nad ranem po mniej więcej 30 minutach od zawieszenia została ona usunięta przez ochronę obiektu".  - No racja! Co za bezczelne chuligaństwo!

A tutaj wcale sympatyczny komunikat :)

Google na moje zapytanie o dzisiejszy przemarsz braci ze Wschodu odpowiedziało linkami:

WYBORCZA: Marsz rosyjskich kibiców. Doszło do zadymy. Zaczęli polscy kibole [WIDEO]

Oto pierwszy link w kolejności. Spacerujący, niczym po sopockim molo rosyjscy kibice (jak na 4 tysiące maszerujących wyglądają dość małotysięcznie) w czerwonych koszulkach napotykają na swojej drodze agresywnych polskich kiboli śpewających pieśń: "Ruska kurwa ae-ae-ao", "Ruskie do domu!" itp.

No i potem obowiązkowe nagrania polsko - rosyjskich bojówek.

POLSKIE RADIO: "Zgoda na przemarsz Rosjan w stolicy była błędem"

Takie tam teoretyczne rozważania. Najciekawsze fragmenty:

"marsz ewidentnie ma charakter pozasportowy" - bić Moskala!

"W ocenie socjologa - polskich kibiców może też zdenerwować fakt, że kibice Lecha Poznań nie otrzymali zgody na podobny przemarsz na mecz w Poznaniu, podczas gdy Rosjanie bez problemu mogą maszerować w Warszawie. "

WARSZAWA NASZE MIASTO: Rosjanie maszerują przez centrum Warszawy. Idą na Stadion Narodowy [ZDJĘCIA]

Portal warszawski lakonicznie. Dużo fotek, żadnych zadym.

Po przeglądnięciu zdjęć z tej strony pomyślałam sobie, że jak nic pasowałoby fotografowanej w Warszawie czeredzie dorysować transparent głoszący "Fuck you Piłsudski!" :) Nie rysuję, ale utrwalam skojarzenie.

POLSKA TIMES: Prowokacja polskich kiboli przed meczem ze Sborną. Przemarsz Rosjan wstrzymany [ZDJĘCIA]

"Głośne garstki prowokatorów krzyczą: "Ruskie ku...y! Do domu!". Policja eskortuje Rosjan." - a więc już nie tłumy, a garstki?

"Pojawiła się flaga z sierpem i młotem. Niemal w tej chwili na miejscu zjawił się Janusz Korwin-Mikke, który usiłuje wyperswadować młodemu kibicowi z Rosji taką demonstrację. " - pragnę zauważyć, że nigdzie wcześniej w wiodących tytułach portali informacyjnych nie było żadnej informacji o prowokujących Polaków symbolach.

"Z chodników słychać donośne skandowania: "Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę".

"Polacy rozwinęli ogromny transparent z napisem : "Polish President murdered in Russia". "

"Co chwila dochodzi do drobnych incydentów. Zadymiarze w biało-czerwonych koszulkach wyskakują z tłumu i zabierają Rosjanom czerwone flagi."

Koniec końców: ciężko stwierdzić jak odnieść się do całego wydarzenia. Czy przemarsz był sprawą kibicowskiej manifestacji siły? Pamięci narodowej? Wspierającym moskwiczan (Moskali :} ) pochodem przeciw Putinowi? Polakom w każdym razie nie podoba się to panoszenie po stolicy, a czerwień flag działa na wielu z nich jak płachta na byka i wcale im się nie dziwię.

Mnóstwo podtekstów, mnóstwo niewiadomych (przynajmniej z dostępnych źródeł) Jak by nie było, bracia Polacy! Dziś wieczorem szable w dłoń!


 

Tutaj jeszcze jeden ciekawy tekst o genezie marszu.

Odnośnie Smoleńska jeszcze - Rosjanie ocieplają swój wizerunek. Dwa dni temu trener kadry rosyjskiej, prezes Rosyjskiego Związku Piłki Nożnej i ambasador rosyjski złożyli wieniec pod tablicą smoleńską. No a marsz pamięci odbył się bez kłopotów.


TYMCZASEM W ROSJI

Święto narodowe stało się świetnym pretekstem do antyprezydenckich manifestacji.

sobota, 09 czerwca 2012

Po żenujących wpadkach językowych w tłumaczeniach na Euro: głośnym haśle "Feel like at home" ... choć ponoć tak miało być specjalnie, czy po najeżonej błędami ulotce dla Rosjan (jako początkująca widzę tylko jeden... ale wierzę mądrzejszym, że jest ich tam więcej ;) )  przyszła kolej zająć się gorętszymi sprawami tegorocznego Euro.

- Drodzy państwo - zwraca się do nas wykładowca polityki Rosji - nie dajcie sobie wmówić, że Dzień Rosji jest dla Rosjan jakimś ważnym świętem. Mało kto wtedy wywiesza flagi, a dopiero co, żeby wychodził na ulice. Tam ludzie wcale nie skaczą pod niebiosa z powodu upadku komunizmu.

W kontekście zbliżających się obchodów (pochodów) w Polsce i ich niespodziewanej symbolicznej oprawy, zainteresowałam się całą sprawą, zmobilizowałam zebrane do tej pory wątłe umiejętności językowe i poczytałam trochę o obchodach i nastrojach prezentowanych przez stronę rosyjską.

Co prawda podczas tego święta na ulicach rosyjskich miast odbywają się koncerty pod etykietką Dnia Rosji i zbierają publiczność. Jak komentują jednak "Moskowskie nowosti": "В конце концов Варшава — довольно странное место, чтобы громко праздновать День России, особенно учитывая то, что мало кто отмечает этот праздник в Москве или Петербурге" (Koniec końców Warszawa to dość dziwne miejsce na świętowanie Dnia Rosji, zwłaszcza, że bardzo niewielu ludzi obchodzi to święto w Moskwie czy Petersburgu). Źródło

Tego newralgicznego dnia (bo przecież i polskie pelgrzymki wyruszają na Krakowskie Przedmieście stawiać kwiaty zmarłemu pod Smoleńskiem prezydentowi) z trzech kolorów flagi rosyjskiej wyróżniać ma się ten czerwony. Na stadionach już pojawił się sierp i młot i to jak najbardziej legalnie... Dlaczego więc szanujący się rosyjski nacbol miałby nie uczcić dnia oswobodzenia się z macek komunizmu owijając się podczas pochodu także komunistycznymi flagami? Jak widać niżej - bojowego nastroju i gorliwości maszerującym prawdopodobnie nie zabraknie:

Do całej afery dołączają się jeszcze inne smaczki. Te publikowane przez UEFA i te relacjonowane przez rodzime media. Kto nie chce sierpów i młotów na ulicach własnego, skrzywdzonego przez komunizm państwa, jest po prostu chorym prawakiem bez multikulturowej wrażliwości. W ramach dokulturowiania się proponuję zorganizować edukacyjną wycieczkę dla niezgadzających się z manifestowaniem (bo przecież manifestacja to nie to samo co propaganda!) Rosjan i poradzić im przespacerować się kiedyś po Moskwie z herbem Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jestem pewna, że zostaną podjęci chlebem i solą.

Tutaj i tutaj można poczytać sobie jeszcze o stosowanej przez postsowieckich kibiców symbolice.   

piątek, 08 czerwca 2012

Po wpadce Obamy przyszedł czas na łańcuszek cięższej artylerii.

Po takim wpisie na kwejku hordy Polaków wklepało na fejsbuka nazwę jej strony i wypowiedziało mniej lub bardziej łamaną angielszczyzną swoją opinię na temat poczynań dziennikarki.

Zastanawiam się, na ile powszechna jest prezentowana przez kobietę opinia w Ameryce (biorąc pod uwagę poglądy głoszone przez popularne amerykańskie seriale, Schussel raczej nie ma wielu zwolenników).

Ja tam się cieszę, że od czasu do czasu pojawia się taka osoba, wywołując pospolite ruszenie kwejkowiczów. Cóż lepiej uczy świadomości narodowej, niż wspólny, narodowy wróg? :)

piątek, 01 czerwca 2012

- Dzień dobry. Tutaj wolne? -pytam zaglądając do przedziału.
- Wolne. Zapraszamy. - uśmiecha się do mnie przyodziana w czarne fatałaszki dziewczyna.

Wsiadam, korzystam z uprzejmej pomocy zatopionego w czerni chłopaka (ile ten plecak waży!) i dołączam do prowadzonej przez dwie siedzące w przedziale grupy rozmowy.

Naprzeciw jadących na koncert metalowców siedziała para - ona na różowo, on ze szklącymi się żelem włosami... no i ja. Ciekawy zestaw mi się trafił i może nawet kiedyś opowiem, o czym rozmawialiśmy :) Dziś jednak nie o tym, więc przewijam pierwsze pół godziny drogi.

- A wiecie - mówię w końcu - wiozę ze sobą taką grę... zasady są banalne i można spokojnie pograć w pociągu.

Wytłumaczyłam szybko o co chodzi i wszyscy aż do końca podróży - bez względu na zainteresowania, światopogląd i inne rzeczy - wspaniale bawiliśmy się przy grze, o której zaraz co nieco napiszę :)

DIXIT

Karcianka dla 3 -12 osób (przynajmniej w wersji Odyssey, w którą gram najczęściej), którą nie znudzisz się tak długo, jak długo twoja fantazja będzie dostarczać ci nowych skojarzeń. W największym skrócie: gracze dostają po 6 kart. Na każdej znajduje się jakiś obrazek (polecam tę stronę, jeśli chcecie je sobie pożyczone z: http://www.deskovehry.com/s-pribehem/766/review-dixit-odyssey-bunnies-bears-and-devils/enpooglądać). Narrator (czyli osoba zaczynająca kolejkę) rzuca hasło (ja np. do prezentowanej niżej karty podałam hasło: "Władca Pierścieni") i kładzie kojarzącą mu się z tym hasłem zakrytą kartę na stół. Gracze w swoich taliach również szukają obrazka odpowiadającego temu hasłu i dorzucają go do puli. Gdy wszyscy podadzą już swoje karty, narrator może na nie popatrzeć, ustawić je w dowolnej kolejności, po czym odkryć. Gracze (z wyjątkiem narratora oczywiście) głosują teraz, która karta była tą podaną przez zaczynającego turę. Jeśli wszyscy zgadną - hasło zbyt  oczywiste, narrator nie dostaje punktów (dostają je gracze). Jeśli nikt nie zgadnie - hasło zbyt popaprane - narrator nie dostaje punktów. Za każdym razem, gdy ktoś zagłosuje na kartę nie-narratora - tamten ktoś dostaję ilość punktów równą ilości oddanych nań głosów. Ot i cała filozofia :)

Obrazki na kartach nie są jednoznaczne, mają sporo szczegółów i można im przypisać naprawdę bardzo wiele haseł. Hasłem może być wszystko, co zamarzy się narratorowi (im gracze lepiej się znają tym szersza jest pula możliwości). W Dixita gram ze znajomymi, z obcymi, z rodziną i każdym, kto się nawinie - nie spotkałam jeszcze osoby, której gra by się nie podobała. Idealna na imprezach, przy filozoficznych rozważaniach o życiu i śmierci, po rodzinnych obiadkach. Wszelkie stany psychiczne, czy osobowość graczy często znajdują swoje odbicie w wybieranych przez nich kartach (nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś zrobił kiedyś badania psychologiczne używając tej karcianki). Gra ma kilka części - można je dowolnie łączyć i miksować.

Nie podoba mi się jednak przerost formy nad treścią (ogromne pudło z planszą i króliczkami do liczenia punktów, podczas gdy wystarczy kartka i długopis, stosunkowo niewielka ilość kart w zestawie) i nieco wygórowana - jak na zawartość pudełka - cena.

Mimo tych kilku przywar, naprawdę warto zainteresować się tą pozycją. Jeśli ktoś z was będzie miał okazję zagrać, niech się nie waha! :)

A oto zdjęcie z tegorocznego Pyrkonu. Nasz zestaw dla hasła "masturbacja". I bądź tu, człeku, mądry...

Ps. Acha, no i zapraszam do polubienia mojej strony na facebooku :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30