poniedziałek, 08 października 2012

Dopadła mnie ze zdwojoną siłą po nagłym wtrąceniu mnie z trzydziestostopniowego upału w kilkunastostopniową pluchę. Póki co staram się ogarnąć pilne sprawy, a z relacjami poczekam na lepsze czasy.

A teraz melancholijnie:


piątek, 28 września 2012

Jesień na dobre zagościła w moim jeszcze nie ogrzewanym mieszkaniu. Zanim na dobre zagoszczą w nim również akademickie (mphe-he) księgi, sięgnę jeszcze po szczyptę lata na wybrzeżu najpołudniowszego południa Włoch, kędy będziem śpiewać, tańczyć, recytować :)

I tylko nie wiem, dlaczego wszyscy życzą mi tygodniowej sraki albo burz i ziąbu...

A tutaj jeszcze piosnka inspirowana końcem lata i dzisiejszym wypadem na noc naukowców, gdzie pan Marek Styczyński opowiadał o etnobotanice w muzyce (hej!)... nareszcie mogłam spróbować gry na fujarze pasterskiej i drewnianej drumli!

Do napisania w drugim tygodniu października! :)

niedziela, 23 września 2012

Nie pozwalałam sobie ostatnio na takie przerwy w blogowaniu. Na swoje usprawiedliwienie mogłabym napisać, że się przeprowadzam, że szykuję się na ostatnią w te wakacje podróż, że mało czasu spędzam przed kompem... ale prawda jest taka, że po prostu nie mam ostatnimi czasy natchnienia. Nie chcąc jednak robić dziur w blogowaniu - dziś luźne refleksje tematyczne :)

Na początek - urocza tabelka rozjaśniająca wszelkie definicyjne niuanse :)

Do napisania tej notki natchnął mnie pobyt na Grojkonie, gdzie na wszelkiej maści zagorzalców natykałam się co krok. Wymyśliłam sobie tam nawet jednosekundową klasyfikację reprezentantów braci konwentowej do grup nerdów i geeków. Zasada jest prosta: Jeśli po trzech dniach konwentu nie dało się obok delikwenta usiąść nie zatykając nosa - znaczyło to, że niechybnie jest nerdem (lub jakimś jego podtypem).

Świat oszalał na punkcie jajogłowych. Świadczą o tym wszystkie nowe seriale (klasyczne Big Bang Theory, ale i Mentalista, Dr House... w planie jest też założenie grupy na fejsie "dałabym Tyrionowi"). Geeki są seksi! Nie dość, że inteligentni i z pasją, to jeszcze biorą pod uwagę czynnik społeczny świata zewnętrznego. Sama uwielbiam patrzeć jak moja połowica zatapia się bez reszty w swoich sprawach nie tracąc przy tym kontaktu ze światem zewnętrznym.

Na mężczyźnie ciąży o wiele większy ciężar konieczności posiadania pasji, niż na kobiecie (jak już tam kiedyś pisałam - my mamy głównie zainteresowania). Mężczyźni to zapaleńcy, pasjonaci i wynalazcy. Swoją zagorzałością przyciągają kobiety (śmiem twierdzić, że partnerki milionerów wcale nie lecą na kasę, a na tę pasję i zaradność właśnie). Ten płciowy podział bardzo dobrze widać na konwentach - chłopcy często przesiadywali po kilka godzin w jednym miejscu wykazując przy tym niesamowitą znajomość tematu, a dziewczyny krążyły po budynku ściubiąc coś z każdej atrakcji po trochu.

I to jest tak piękne, że nawet nie wiem, jak o tym napisać :)

Mężczyzno! Poświęć się czemuś!

A tutaj jeszcze apoteoza :D

Mamy w Polszy słowa: zapaleniec, kujon, zagorzalec, maniak, jajogłowy... pewnie też wiele innych obrazujących problem. Jak pięknie byłoby zachować te wyrazy w języku codziennym i używać ich choćby zamiennie z popularnymi "nerdami" i "geekami"!

środa, 12 września 2012

Do wpisu zainspirowała mnie notka szarmanta. Co prawda,średnio przypadła mi do gustu ze względu na jej gderliwy wydźwięk, ale poruszył mnie w niej jej ostatni fragment:

A może mężczyźni zupełnie zatracili umiejętność prowadzenia i tańca w parze? Dla wielu elegancki i dobrze tańczący mężczyzna może być tylko gejem. Nic bardziej błędnego. Mężczyzn, którzy twierdzą, że nie umieją tańczyć, zawsze pytam, czy potrafią uprawiać seks. Odpowiedź zazwyczaj jest twierdząca. Przy mocnym, pewnym prowadzeniu, kobieta zatańczy tak, jak ją poprowadzisz. Umiejętność tańca świadczy, zatem o męskości. Największe błędy, jakie popełniają polscy mężczyźni w tańcu, to delikatne, nieśmiałe prowadzenie; planowe robienie z siebie błazna albo próba tańczenia jak kobieta. Kręcenie pupą i biodrami należy zostawić paniom. Rączki trzymamy na kobiecie i nie wymachujemy nimi w cztery strony świata. Mężczyzna ma trzymać równo ramę i wskazywać kobiecie, jak ma tańczyć. Na parkiecie pozwólmy paniom być obrazem, kiedy my pozostajemy wspomnianą ramą.

Zdarza mi się być na imprezach tanecznych "na mieście". Rzeczywiście, taniec polega tam głównie na podskakiwaniu do rytmu, ewentualnie wzajemnym obmacywaniu się (co ambitniejsi ustawiają pozycję "zielony walczyk" i kombinują jakieś dwa na jeden). Jako wielbicielka tanecznych godów i nieśmiała adeptka tej trudnej sztuki, wybieram się czasem w miejsca, gdzie gra muzyka, a pary w różnym wieku wirują na parkiecie. Nawet tam tańczący mężczyzna, to skarb. Dobrze tańczący mężczyzna, to unikat, dla którego warto stać się  na ten wieczór Gollumem. Dobry partner potrafi sprawić, że płynę bez trudu po  parkiecie, że mam się za mistrzynię dyscypliny i że czuję w pulsie kierunki kroków. Z dobrym partnerem można obracać się w kółko i pół godziny. Przy partnerze niezdecydowanym, nie prowadzącym, nie mającym pomysłu na taniec, już po dwóch minutach wieje nudą. Dobry partner jest opanowany i stanowczy (no jak w życiu, no!). Tylko wtedy kobieta może błyszczeć na jego tle. Jakże kocham ten błysk! Spójrzcie zresztą na film.

Mężczyzna - prócz bycia uosobieniem stateczności - stroszy również piórka. I to też jest piękne! Tę aranżację obejrzałam już chyba kilkadziesiąt razy :)

Głównej przyczyny zaniku umiejętności tanecznych u chłopców upatruję w zaniedbaniu ich edukacji muzycznej (bo śpiewać i tańczyć uczy się raczej dziewczynki - no to śpiewają i tańczą... szkoda tylko, że nie mają z kim). Jestem głęboko przekonana, że dziecko, któremu się śpiewa, z dużym prawdopodobieństwem również nauczy się lepiej lub gorzej śpiewać. Dziecko, któremu wykształca się świadomość rytmu, z całą pewnością tę świadomość w jakimś stopniu nabędzie.  

Dlatego też poprzysięgłam sobie, że nie wypuszczę syna na boisko (czy tam do ichniejszego Call of Duty) zanim nie odtańczy z matką tanga, czy walczyka.

Mówi się, że jaki facet w tańcu, taki w życiu. Choć zauważam pewne prawidłowości charakterologiczne, gdy tańczę z różnymi partnerami, nie mogę się z tym twierdzeniem zgodzić - wielu mężczyznom nie dano szansy nauczyć się tańczyć jakkolwiek, więc tańczą jak myślą, że powinni. Nie dano szansy nawet nauczyć się koordynować swoje kroki z rytmem. Ich pokraczność powinna być żywym wyrzutem sumienia ich ojców, matek, ciotek, kobiet, przedszkolanek, pań od wuefu i ze spożywczaka. O!

Mam nadzieję jednak, że na naukę nigdy nie jest za późno, a taniec znów stanie się kiedyś modny.

czwartek, 06 września 2012

Wyprawa do Bośni i Hercegowiny minęła nam przy wtórze piosenki KSU.

Bałkany to teren egzotyczny nie tylko ze względu na różnice kulturowe - nie trzeba się specjalnie rozglądać, by na środku ulicy w centrum miasta natknąć się na wojenne pamiątki. Już w Belgradzie widzieliśmy kilka zrujnowanych bombardowaniem budynków. To chyba jednak jedyny żywy ślad po wydarzeniach z lat dziewięćdziesiątych (oczywiście, oprócz napisów na murach) - nawet serbskie muzea milczą o tym okresie, wspominając jedynie bombardowanie przez NATO (trudno im się dziwić, że wolą się nie chwalić tą wojną - po obejrzeniu filmu z masakry w Srebrenicy znienawidziłam na kilka dni ten naród tak, jak kiedyś na kilka dni po wywiadach z babciami znienawidziłam Ruskich). Gdy pojechaliśmy do Mostaru, Sarajewa, a później Zagrzebia - pamięć minionych tragedii uderzyła nas z ogromną siłą.

Będąc bardzo zapobiegliwą osobą, przed oddaniem komórki do serwisu nie zgrałam z niej plików na kompa. Zaowocowało to tym, że fotki, które z dumą bym tutaj zaprezentowała, diabli wzięli. Żeby przedstawić wymowny obraz, który mi się był skasował, muszę Was poprosić o aktywację wyobraźni i wczytanie się w instrukcję. Czas, start!

Oto zdjęcie słynnego mostu w Mostarze - wysadzony podczas wojny, a odbudowany kilka lat temu, dla wielu jest symbolem miejscowej historii i odbywających się tu tragedii. Wyobraźcie sobie, że na zdjęciu po lewej stronie murek, a na tym murku wielki napis "DON'T FORGET" (taki jak tu).

Mimo, że żyjący tam Bośniacy, Serbowie i Chorwaci zdają się dziś żyć ze sobą w zgodzie, Mostar wojny nie zapomniał i zapewne jeszcze długo nie zapomni. W ścianach zamieszkałych budynków w centrum miasta pełno jest dziur po kulach. Gdy oddalić się trochę od centrum, takie widoki wcale nie należą do rzadkości:

Po prawej - świeżutko wymuskane liceum, po lewej i na dole - jego szczerbaci sąsiedzi:

Do nieoficjalnych atrakcji turystycznych Mostaru należą ruiny banku. Powodem, dla którego nikt nie ściąga od odwiedzających haraczy są - jak sądzę - dziesiątki niebezpieczeństw czyhających na nieostrożnego odwiedzającego. Budynek był niegdyś oszklony (tutaj można go zobaczyć). Teraz całe to szkło pokrywa małymi i większymi kawałkami niebezpiecznie skrzypiący pod stopami beton. Ściany ozdobione są licznymi graffiti (klik), a na kolejne kondygnacje wchodzi się po odsłoniętych z wszystkich stron schodach przy wtórze bijącego w plecy wiatru (na ostatnie piętra weszłam wczepiona w ramię K. dodając lęk wysokości do listy moich fobii).

Największym wstrząsem dla mnie było odkrycie, że kilka strategicznych punktów budynku usiane jest łuskami naboi. - Ile żyć odebrał tutaj ten snajper? - zastanawiałam się ze zgrozą, gdy K. przeczesywał szkło i inne śmiecie w poszukiwaniu najmniej zardzewiałego okazu.

- Jesteś okropny! Jak można brać do domu coś, co zabijało?
- Fajna pamiątka. Zresztą, to będzie dobry talizman. Jak zabrało jedno życie, to drugie może ochronić.
- Albo: skoro zabrało komuś życie, to śmierć już siedzi w tej łusce czekając na kolejne!
- Hm... A może ten akurat nikogo nie trafił?
- Jak nie trafił, to dopiero lipny talizman z tego naboju!



W muzeum w Zagrzebiu (tam wojenna martyrologia pełną gębą!) oglądaliśmy jeszcze mapę, na której czerwonymi punkcikami zaznaczone były wciąż nieodminowane miejsca... Wniosek jest taki, że na Bałkanach lepiej nie wyściubiać nigdzie nosa, chyba że jest się wielbicielem sportów ekstremalnych.

środa, 05 września 2012

Znowu nie napiszę o Bałkanach. Dziś będzie społeczno - refleksyjne psioczenie. Wszystko dzięki tonom jojdających internautów (sama się do nich zresztą zaliczam), których wpisy chłonę codziennie na kwejkach i fejsbuku, przemądrzałym znajomym i przeczytanemu dziś wpisowi Segritty.

Pamiętam jak dziś, gdy w gimnazjum, bezsilna wobec naszego karygodnego zachowania, historyczka, przywołała na zmęczoną twarz wyraz politowania i rzekła - Wy teraz myślicie, że wasze wybryki, wasze poglądy i wasze cierpienia, to coś niespotykanego. Myślicie, że połknęliście wszystkie rozumy. Ale ja wam mówię - nic nowego pod Słońcem. Za dziesięć lat będziecie się sami śmiali ze swojej głupoty.

Byłam dość świadomą swojego buntu nastolatką. Teraz też chyba dość świadomie tetryczeję. Rodzice nigdy nie mieli ze mną większych problemów (choć pewnie zaczęliby rwać włosy z głowy, gdybym im ten okres przypomniała). W gimnazjum i liceum bawili mnie tnący się "nikt mnie nie rozumie" pokrzywdzeni przez świat (choć i mnie "nikt-nie-rozumiał", to jasne), chłopcy wsadzający innym łoniaki do zeszytów i klnący na lekcjach do nauczycieli, tudzież klasowe dziunie zapijające się w trupa na osiedlach ze starszymi kolegami. Starsi oczywiście w kółko mówili, że to "trudny wiek", że "bunt młodzieńczy". Każdy z nas więc znał tę prawdę na pamięć. Mniejsza z tym na ile brał tę informację do siebie. Gorzej poinformowane wydaje się być pokolenie "za moich czasów...".

Człowiek w życiu doświadcza dwóch faz buntu. Bunt młodzieńczy i bunt starczy. Ludzie, którzy wyrośli już ze swoich pierwszych rebelii, patrzą na pokolenie, które właśnie w ten bunt wchodzi i kiwa z niezadowoleniem głowami. Bo "za moich czasów...".

To jasne, że kiedyś były lepsze czekolady, lepsza muzyka, lepsze winyle, a w ogóle najlepiej, to było za komuny. Każde pokolenie tak mówi, KAŻDE. Że tak sparafrazuję słowa historyczki: Wy teraz myślicie, że wasze "staromodne" pomysły, wasze poglądy i wasze rozczarowania współczesnością, to coś niespotykanego w dzisiejszych czasach. Myślicie, że - w przeciwieństwie do młodszego pokolenia - macie mózgi. Ale ja wam mówię - nic nowego pod Słońcem. Za dziesięć lat "dzisiejsza młodzież" będzie psioczyć na nową generację używając tych samych słów, co wy.

Za niczym nie tęskni się tak, jak za czasami młodości: bo beztroska, bo nic nie boli, bo to przy tamtej muzyce - nie dzisiejszej - wylewało się swoje naiwne łzy. W pewnym wieku człowiek przestaje przyjmować zmiany za "swoje", a zatrzymuje się przy tym, co dostał, gdy kształtował sobie swój świat. Mówi, że "kiedyś to była muzyka, a teraz to tylko Bieber", ale pokażcie mi, żeby ta maruda posłuchała czegoś innego, niż proponowane przez rmf i kwejka kawałki. Zresztą, drodzy państwo, spójrzmy prawdzie w oczy - "oldschoolowi" dziś Hey, SDM, czy Coma nie są szczytowym osiągnięciem nowoczesnej poezji (choć byli, gdy przy "Stu tysiącach jednakowych miast" snułam swe dwunastoletnie myśli, a "Bieszczadzkie anioły" to wciąż obowiązkowy hicior wycieczek) i to na pewno wytknie Wam pokolenie starsze od Was (któremu to jeszcze starsze wytknie Annę Jantar). "Zapomniał wół jak cielęciem był".

Starsze pokolenie - jak świat światem - kształtuje się na strażników rozumu. Strażników tajemnicy, której nie pojmą już współcześni. Pełni wyniosłości tworzą w swoich grupach Światłą Alternatywę dla współczesnego chłamu. W tych grupach są również i dzisiejsi buntownicy - "jedyni normalni", "nadzieja młodzieży".

Zawsze śpiewano o miłości, walczono z okrutnym systemem, płakano z bólu istnienia. To, że nie rozumiemy współczesnego języka tych emocji, nie znaczy, że język ten jest gorszy. Sama staram się tę prawdę zrozumieć, gdy po raz kolejny krzywię się na współczesne "ogłupienie" młodych.

Trochę współczesnej muzyki:


sobota, 01 września 2012

Miało być o śladach wojny na licu współczesnej Jugosławii, ale właśnie, po nieprzespanej nocy, zwlekłam się z łóżka, umyłam zęby (doprawdy nie wiem, czy zaliczyć to szczotkowanie do mycia "rano" czy "wieczorem"), nastawiłam wodę na kawę i odpaliłam kompa. Czas zreaktywować delikatnie rysujący się ongi na tym blogu dział literacki.

Odkąd poszłam na studia strasznie opuściłam się w tak zwanym czytaniu "dla siebie". Odmóżdżyły mnie te social studies i filologie niemożebnie. Czytam tylko szlagiery - albo naukowe, albo klasyczne (no nie będę przecież polecała Gogola, czy Martina, heloł). Nie sztuka wystawiać dobre noty dobrym książkom (pamiętacie moją definicję dobrej książki, prawda?). Mimo to, to nie one ostatnio sprawiają, że zarywam noce, mimo że mam w perspektywie długie dnie. W podstawówce i gimnazjum takie nocne ślęczenie nad lekturą zdarzało mi się dość często, w liceum rzadziej, teraz - od wielkiego dzwonu. W przypadku tzw. Literatury przyczyny upatruję w książkowym zblazowaniu i moich wygórowanych oczekiwaniach - no bo przecież to jest NAZWISKO, książka musi być dobra!... gdy rzeczywiście jest dobra, nie wzbudza to tak szaleńczej ekscytacji, jak samodzielne odkrycie perełki. Szkoda gadać, co się dzieje, gdy Nazwisko rozczarowuje... ale ja nie o tym.

Proszę Państwa - odkryłam perełkę! Nie nazwę ją może Literaturą, ale z całą pewnością Czytadłem-Na-Poziomie. Serce rośnie, gdy pomyśleć, że takie cuda piszą rodzimi autorzy.

Książka jest tak krótka (choć Fabryka Słów grubością kartek i czcionką jak z elementarza daje czytelnikowi poczucie, że oto w jedną noc pochłonął encyklopedię), że i streszczać nie będę zbyt wiele: samotna matka - redaktorka dostaje w spadku po tajemniczej krewnej dom w zabitej dechami dziurze. Spadkobierczyni szybko orientuje się, że przybytek dostała nie bez przyczyny - w jej życiu szybko pojawia się instruujący ją... duch owianej złą sławą właścicielki. Nie znajdują wspólnego języka - adeptka wiedźmostwa na własną rękę odkrywa tajemnice skrywane przez wieś, do której nie dotarło google maps. Owe tajemnice wiążą się z Gestapowcami, paznokciami w sejfie, i ektoplazmą wyciekającą z komina. 

Książkę dostałam pewnego razu od Narcyza i nie wiązałam z nią specjalnych nadziei. Białołęcką czytałam ostatnio w szóstej klasie i - o ile wtedy bez tchu przewracałam kolejne kartki - teraz nie spodziewałam się cudów. Rzeczywiście, lektura była całkiem przyjemna, choć nie porywająca w pierwszej połowie. Już układałam sobie w głowie recenzję, że postacie mało wiarygodne i wszystkie takie same, że dowcipy jakby z jednej szuflady (choć literacko elokwentne), że wiele, jak na krótką formę, niepotrzebnych wtrętów. Z każdą kolejną stroną autorka - jak lokomotywa - rozpędzała się na szynach fabuły i bezlitośnie targała za sobą strzępy mojego krytycyzmu. Niesamowite pomysły fabularne, "odnaiwnienie" procesów myślowych głównej bohaterki (ona przeklina!) i świetna, świetna kompozycja sprawiły, że pozbyłam się wszelkich zastrzeżeń... no może z wyjątkiem jednego.

Główna bohaterka chełpiła się tym, że jako redaktorka musi znać się na wszystkim (bo przecież jak ktoś napiszę, że Giocondę da się wykroić z ram nożykiem, to musi zrugać gryzipiórka, bo przecież Gioconda leży na desce). Swoją wszechstronnością, rzeczywiście, zadziwiała (i tu ukłon w stronę Białołęckiej za dokładny risercz). Ale:

"Starsi Wilczakowie obrzucili mnie zdumionymi spojrzeniami, kiedy pojawiłam się na ich podwórku, ale kiedy na ich ostrożne "pochwalony" odpowiedziałam "na wieki wieków", uznali chyba, że jestem w zasadzie niegroźna".

Jako osoba oceniająca książkę głównie po kreacji postaci zazgrzytałam zębami na tę gafę :)

Jeśli kiedyś będziecie potrzebowali lektury do pociągu, czy na wakacje, to polecam gorąco! Naprawdę słuszny kawałek czytania. Nie polecam natomiast czytać tego o trzeciej w nocy w pustym mieszkaniu bardzo strachliwym osobom (czyli np. mnie) - w pewnych momentach musiałam dzwonić do Narcyza, żeby się trochę uspokoić.

Szanowna pani Białołęcka (Białołęcko?)! Przeczytam jeszcze coś Pani pióra - obiecuję! :)


OCENA: 7/10


Ps. Zastanawiam się, czy wszyscy wiedzą, o co chodzi z tym cytowanym przykładem ;)

piątek, 31 sierpnia 2012

W Mostarze, widząc na wystawach wszystkie te piękne, kolorowe sukienki, moja bardzo głęboko ukryta kobiecość zapragnęła pozbyć się ufajdanych, podartych dżinsów i ponaciąganej bluzki, opleść talię delikatną tkaniną, a nogom pozwolić podrzucać przy każdym kroku falbaniasty materiał. Mina zrzedła mi, gdy zobaczyłam ceny wymarzonych kiecek.

Stanęło na chuście za 5 euro i obietnicy, że "coś sobie z niej zrobię". Po powrocie do Polski zainteresowałam się więc na nowo stronami DIY i do teraz wybałuszam oczęta na te niesamowite pomysły.

No patrzcież przecie!


Albo tutaj:

Oprócz Mr Kate i Threadbangera nie dotarłam jeszcze póki co do zbyt wielu źródeł zróbtosamowych.

Ale zaczęłam również przeglądać nasz rodzimy antywieszak :) Jutro biorę od taty klej, a od mamy maszynę do szycia i - póki entuzjazmu - postaram się wcielić kilka pomysłów w życie.

wtorek, 28 sierpnia 2012
Po kilku dniach w Belgradzie stoimy na wylotówce z kartką A3 informującą przejezdnych, dokąd zmierzamy. Mija godzina, mija półtorej, a my, ignorowani przez kierowców, wciąż sterczymy na poboczu w pełnym słońcu i z niemiłą perspektywą sterczenia tutaj "ile będzie trzeba". Z coraz bardziej wymiętą kartką w rękach i rosnącą nienawiścią w sercach wobec wszystkich zmotoryzowanych pozwalamy, by cała wewnętrzna harmonia uleciała wraz z potem ku Niebiosom.

Biały busik zajeżdża nam pod nos. Drzwi otwiera łysy uchachany Serb:
- You're going to Guča? - pyta.
- Yes! Can you take us? - uradowani sięgamy po plecaki.
- TEN EURO! - rzuca ze śmiechem zataczający się na kierowcę półnagi wąsacz. Zrezygnowani zaciskamy zęby i opuszczamy plecaki.
- Oh, he's just kidding, he's drunk. Come inside!
No to weszliśmy. Ktoś wziął od nas plecaki, ktoś wcisnął do rąk puszki z piwem, ktoś podstawił pod nos zakąski, ktoś w ferworze tańca do ryczącego z głośników bałkańskiego turbofolku* upada nam na głowy. Wspaniała introdukcja do festiwalowych klimatów! :)
niedziela, 26 sierpnia 2012

Cykl notek bałkańskich zaczynamy od krótkiej lekcji weksylologii :)

Od początku - oto barwy pogrzebanej niedawno Jugosławii (symbole owej wciąż do kupienia na serbskich stoiskach):

Nota bene - ich hymn brzmi dość znajomo...

Przejazdy przez granice obcych państw często robiły mi kaszanę z mózgu. Zacznijmy od Serbii:

Napatrzyłam się na takie flagi podczas festiwalu trębaczy w Guczy. Jakież było moje zdziwienie, gdy w ciężko doświadczonej przez Serbię Bośni i Hercegowinie (regiony Republiki Serbskiej) na piedestałach zobaczyłam następujące barwy:

K. zrobił mi kilka wykładów z historii Jugosławii, więc jakoś zdołałam przełknąć ten fakt.

Prawdziwy mindfuck zaczął się, gdy przekraczałam granicę Chorwacji:

... a potem Słowenii:


No a potem przypomniały mi się jeszcze kolory flag Słowacji, Czech i Rosji.

Dopiero podczas tego wyjazdu usłyszałam, że w szerokim świecie istnieje coś takiego jak kolory panslawizmu. 

... nawet to jestem w stanie przełknąć. Ale co w takim razie w poczcie bieli czerwieni i błękitu robi Francja, Holandia i Wielka Brytania?

W mojej głowie już zaczynają się układać pierwsze teorie na ten temat :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31