czwartek, 06 grudnia 2012

Miało być dzisiaj o facetach... ale jak tu pisać o tym, co mi się w nich nie podoba, skoro na Mikołaja dostałam najpiękniejszy naszyjnik, jaki mogłabym sobie wymarzyć i przeromantyczną propozycję w postaci podręcznika do RPGa od jednego z nich?


Naszyjnik z kości (tak pięknie wyglądają na dekolcie... jak się potrząsa, to zmienia się wynik! ^_^) i system RPG w klimatach Lovecrafta, którego narracja prowadzona jest korespondencyjnie... O ile zwykle nie pisuję na blogu o takich rzeczach, to teraz jestem tak wzruszona, że z konieczności - muszę.

Fakt, że zamiast pisać sobie liściki i maile "Aajajjaj, misiumisiu tęsknię muaaah ;* Jutro jedziemy na Północ, brrr!", miłosne listy ludzi oddalonych od siebie tysiące kilometrów będą wyglądały np. tak: "Spieszę donieść, że rana na barku J. zaczęła jątrzyć się. Nie wiem, co mu dolega i dlaczego - o czym pisałam już wcześniej - płynie z niej błękitna posoka. Majaczy wciąż, a gdy na chwile odzyskuje przytomność powtarza tylko "de profundis, de profundis". Zaczynam miewać sny, które pozbawiają mnie spokoju, a które znam tak dokładnie, że załączam Ci ich treść . Postanowiłam zbadać tę sprawę - wszak obiecałam to jego matce. Jutro wyjeżdżam do Laponii. Czy zwariowałam?".

Wesooła jest gruuuba nerdoza, trala :)


To taka tegoroczna mikołajkowa odpowiedź na niegdysiejszne biadolenie o nieudanych prezentach

Do czynników decydujących o sympatyczności prezentu, obok czasu poświęconego na jego wykonanie i pomysłu na owy, myślę że niezawodnym tropem będzie bazowanie na wspólnych zainteresowaniach obdarowywanego i obdarowywującego. Choć gdzieś pomiędzy wytycznymi, które by jeszcze można wysnuwać (że empatia, że słuchanie o marzeniach itp.) ukryty jest ulotny i nieuchwytny współczynnik zajebistości prezentu.

Mam nadzieję, że na Mikołajki jesteście równie zadowoleni ze swoich prezentów co ja :)

niedziela, 02 grudnia 2012

Mili najmilejsi!

Jak pewnie niektórym wiadomo - już za 26 dni jadę do Finlandii, kędy będę się Erasmusić :) Z tej okazji, wraz z So, która jedzie ze mną, założyłyśmy okolicznościowego blogasqua:

Ikkunaprinsessa (czyli na polski: panienka z okienka) to miejsce, gdzie będziemy wklepywać nasze obserwacje poczynione podczas podróży (oby tylko kasy starczyło!), studiowania, poznawania nowych ludzi - Erasmusów i miejscowych... Może nawet wrzucimy jakieś filmiki, gdzie pogrążone w głębokiej depresji tniemy się do dark ambientu.

Jest już również strona na facebooku.

Póki co żadnych ambientów, a czyste szczęście. Ladies and gentlemen! Ikkunaprinsessa!

A co do tego bloga - już wkrótce notka o pewnej niezidentyfikowanej jeszcze męskiej subkulturze. Zostańcie państwo z nami! :)

sobota, 24 listopada 2012

- Kupiłam sobie kurtkę! Kosztowała tyle, że przez miesiąc będę jeść rzepę, ale za to w Laponii będzie mi ciepło w tyłek!
- Świetnie! Narciarska?
- Jaka tam narciarska?! Megapuchówka nieprzemakalna, nieprzewiewalna, z membraną szytą elfimi włosami i runicznym suwakiem kutym przez krasnoludzkich mistrzów!
- ... małymi chińskimi rączkami.

Tego samego dnia na fejsie pojawił się ten obrazek:

My, biali ludzie, to w ogóle straszne świnie jesteśmy. A propos tematu, przypomina mi się pewna pogadanka, którą gdzieś w gimnazjum urządzili nam misjonarze z Afrika i opowiadali o nędzy państwa, z którego właśnie wrócili.

- W [Afrika] ludzie z niższych warstw społecznych nie mają perspektyw na normalne życie. Brak im dostępu do bieżącej wody, opieki medycznej i pracy, z której mogliby się utrzymać...
O, taki przykład. W Ameryce średnie dzienne utrzymanie krowy kosztuje 5$. W [Afrika] rząd przeznacza na najuboższych mniej niż 1$... czy to jest sprawiedliwe?!

- NIE! NIE JEST SPRAWIEDLIWE! - jedyną możliwą odpowiedź wykrzykiwały me przytłoczone ciężarem informacji trzewia, a w głowie huczała mi rozpacz i nienawiść wobec kapitalistycznych ciemięzców z Zachodu. Taka właśnie byłam w gimnazjum... a potem zaczęłam mądrzeć.

Zamiast pisać dalej, wrzucam filmik:

Nie wiem, na ile gospodarka Zachodu powoduje/ przyczynia się do nędzy Krajów Trzeciego Świata i jak można tej nędzy zaradzić, nie wiem, na ile Krajom Trzeciego Świata pomaga moje Zachodnie kupowanie produktów Fair Trade (choć, gdy tylko mogę, kupuję właśnie takie), nie wiem, na ile zachodnia Pomoc Humanitarna rzeczywiście pomaga - nie zmądrzałam jeszcze na tyle, żeby to wiedzieć.

Wiem jednak, że ślepe poddawanie się propagandzie i walka protestami, ulotkami i muzyką alternatywną nie da nikomu ani ryby, ani wędki - moje doświadczenie mówi mi, że większość protestujących ma tylko powierzchowną wiedzę o rzeczach, przeciwko którym protestuje. Ba - jak mówią państwo w okularach z filmiku - zrywy stadek aktywistów (dzień dobry Oburzeni wszystkich narodów!) przynoszą korzyści przede wszystkim temu, który takie stadka pobudza do działania (i który, w przeciwieństwie do nich, te sprawy ma dobrze przemyślane). Spójrzcie chociażby na sprawę ACTA.

I przyznam się, że sama często mam problemy z pojęciem tego, o czym właśnie naskrobałam. Zgrabnie wyartykułowana propaganda wchodzi we mnie jak w masło. Mnie również trzeba nauczyć się myśleć głową, a nie sercem.

Dlatego też nie mam głowy do wielkich spraw tego świata. Na szczęście wiem, że ten, kto chce pomagać może zrobić to w łatwy sposób na swoim podwórku - wszak schronisk, domów dziecka, rodzin potrzebujących pomocy (...) w Polsce nie brakuje. Można też łatwo sprawdzić, czy środki, które przeznaczamy na zbożne cele rzeczywiście wykorzystywane są tak, jak byśmy sobie tego życzyli.

środa, 21 listopada 2012

Najmilejsi moi!

Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem napisania nowej notki, ale słowa rozsypują mi się pod palcami. No, nie sklecę niczego i już!

Takie stany się zdarzają, ale nie trwają długo :) Postaram się jakoś ogarnąć.

A póki co - na fejsiku powstał album "Obrazki", do którego będę co jakiś czas wrzucać różne różności. Proszę się częstować. :)

Ach, no i do linków doszła pierwsza vlogerka... Uwielbiam tę kobietę!

Poniższą animację również uwielbiam. Tak tęsknię do mojej filologii...


01:16, ceress , INNE
Link Komentarze (1) »
środa, 07 listopada 2012

 

Powracasz w ziemię, co matką twą była,
Teraz cię strawi, niedawno żywiła

Zostanę jeszcze w klimacie poprzedniej notki i podzielę się z Wami dokumentem, który bardzo mnie poruszył.
O tym, jak śmierć postrzegana jest przez ludzi z wymierającego już pokolenia.

Podsyłam część pierwszą filmu. Trzy kolejne są w odnośnikach na jutubie, to sobie znajdźcie :)

Miałam napisać jakiś komentarz, ale nie chcę moim osobistym wzruszeniem zniekształcać Waszego odbioru. Zwrócę tylko uwagę na 6:50 minutę w trzecim filmiku - to najromantyczniejsza rzecz, jaką słyszałam (jeśli nie w życiu, to na pewno od bardzo dawna).


Ps. Szukałam jakiejś fotki do przyozdobienia nią wpisu. Jak wpisze się w google "tradycyjny pogrzeb", to na pierwszych stronach wyskakują człowiekowi głównie Chińczyki i Murzyny. Wstyd!

Ps2. Dołożyłam nową kategorię na blogu (etnospoko). Za dużo tutaj notek tego typu, żeby wszystko wywalać do kategorii "społecznie".

niedziela, 04 listopada 2012

Dzisiaj będzie o tym (takie tam "na szybko" w Paincie):

Wracam sobie z grobbingu i rozmyślam...

...o tym, jacy ci chrześcijanie niechrześcijańscy, że sprzątają groby przez godzinę, a modlą się przy nim przez minutę. Że robią stypy, których nie powstydziłby się (tutaj wlep nazwisko jakiegoś bogacza z Kuwejtu), a różańca ze niego nie zmówią.

...o tym, jacy ci ateiści puści, że grzebią swoich zmarłych (którzy też często mają odpicowane groby), zamiast oddać organy, resztę spopielić i wysypać fpizdu.

I mam w sobie nutkę politowania dla tych bogobojnych babć, które, wzorem swych znienawidzonych pogańskich praszczurów zapalają światełka wiekuiste w kolorowych zniczach ozdobionych plastikowymi kwiatkami.

I wszystko to do czasu, aż nie zobaczyłam tego obrazka na kwejku:

...a pod nim komentarze kwejkozofów (tych od wyklinania kościoła za krucjaty i feministek za Femen), że "to takie polskie" i w ogóle "Mohery do gazu!".
Jakim tępakiem trzeba być, żeby jarać się tym, że zauważa się, że wszystkie te babcie - wzorem zakochanych w Walentynki - są ofiarami ekonomicznej machiny napędzającej sezonowe sprzedaże zniczy. Szczytem szerloctwa będzie tutaj dodatkowe wypunktowanie niechrześcijańskości w zachowaniach chrześcijańskich babulek. Jakże głupio się teraz czuję, że kiedyś do tej hejtoprześmiewczej grupy należałam.

Nawet chrześcijaństwo nie zdołało wyplenić w człowieku tych pogańskich odruchów, jak smutek i tęsknota za zmarłymi (bo przecież chrześcijanie powinni generalnie cieszyć się ze śmierci), czy potrzeba jakiegoś kontaktu z nimi. Te kwiaty, te znicze, to nic innego, jak próba oswojenia śmierci i zachowania pamięci o zmarłym. Prócz tych oczywistych powodów - z których oświeceni kwejkozofowie chcą się wybijać - jest jeszcze jeden, dla którego, daj Boziu, nigdy nie zarzucę tego zwyczaju, mimo że nie należę do najbardziej bogobojnych stworzeń.

Ja Wszystkich Świętych kojarzę bardzo pozytywnie - większość mojej familii zjeżdża wtedy w jedno miejsce, gdzie w rodzinnej atmosferze spędza razem kilka dni. Wracając później z tego zjazdu do domu, zahaczamy też o domy drugiej części familii, odwiedzamy razem groby i jesteśmy faszerowani rosołkami i ciastem. Grobbing pobudza do jednoczenia się (bo wiecie, "my Polacy" to się jednoczymy tylko, jak jest smutno źle...). Święto Zmarłych należy do pocztu świąt rodzinnych, podczas których wnuczka pomaga babci przenieść kwiaty na grób dziadka (a przy okazji trochę sobie o nim posłucha), syn przyjeżdża w końcu do domu, bo długi weekend, a spacer wzdłuż grobów może wzbogacić nas o nowe ploteczki ze świta umarłych (O! To X umarła?... Muszę kiedyś odwiedzić jej siostrę, Y... kiedy my to ostatnio rozmawiałyśmy?). Samotni mogą wtedy zmieść liście z grobu ukochanych, a wędrówka wśród rozświetlonych grobowców pozwala na chwilę wyciszyć się i poobcować ze śmiercią, która współcześnie nie jest najwygodniejszym tematem do rozważań. Wszystko to z najbliższymi (żywymi lub umarłymi). Tymi z naszej krwi.

Ponadto: nie wiem jak Wy, ale ja w tych zniczowych światełkach widzę tęsknotę i nadzieję, a w listkach chryzantem smutek i prośbę. Nie wyobrażam sobie, że miałyby kiedykolwiek zniknąć z zimnych płyt grobowców.

Wrzuciłabym tu jeszcze gadkę o tradycji i konieczności jej kultywowania, ale powiedzmy, że nie wszyscy, jak ja, uznają tradycję jako wartość samą w sobie :)

Melancholijnych świąt!

 

Ps. No dobra, komiks świetny! :D

Fotki grobów stąd i stąd.

środa, 31 października 2012

Prace nad wizualną stroną bloga trwają. Postanowiłam nie katować czytelnika zmieniającymi się co pięć sekund teksturami i przenieść swój plac zabaw w jakieś bezpieczniejsze miejsce :)

Póki co zostaje jak jest - ascetycznie acz czytelnie. Myślę, że nie będzie to wszystko trwało zbyt długo - nad sprawą pracuje sztab fachowców.

Na długi weekend wyjeżdżam w miejsce bezinternetowe, więc notki i ewentualne zmiany dopiero od przyszłego tygodnia (no, chyba żeby mi się udało jeszcze dziś coś wrzucić).

A teraz - kawałek, który od czasów gimnazjum rokrocznie wrzucany jest przeze mnie w statusy gadu - gadu, naszych klas, a teraz na fejsa i bloga:

Do zobaczenia wkrótce!

sobota, 27 października 2012
Przyszedł czas na ostatnią w tym roku notkę z cyklu włoskiego. Tym razem nie będę rozprawiać o tamtejszych zwyczajach, tańcach, czy innych globtrotersko - kulturoznawczych pierdołach. Dzisiaj opowiem o pewnym wydarzeniu, które na dobre zagnieździło się w moim zbiorze "opowieści niesamowitych" i po dziś dzień mrozi mi krew w żyłach na samo wspomnienie o nim. A było to tak...
piątek, 19 października 2012

Zdjęcia z notki, która miała być teraz czekają jeszcze na zrzucenie na lapsa. Dziś napiszę trochę o tańcu, o którym pisałam już przy okazji turyńskich notek, a którego dokładniejszą historię i funkcję poznałam niedawno i do teraz nie mogę wyjść z głębokiej fascynacji: Tarantella.

To grupa tańców z Salento (południowe Włochy), które miały być odtrutką na ugryzienie tarantuli. Cały obrzęd wyglądać miał następująco: "ugryziona" osoba wynajmuje na kilka dni muzyków, zaprasza rodzinę i przyjaciół. Ukąszony ubierany jest w białe giezło i kładziony na ziemi. Dobrze, gdy gdzieś w pobliżu jest również obrazek św. Pawła (patrona ukąszonych przez tarantulę)... gdy wszyscy zbiorą się wokół ukąszonego, muzycy zaczynają grać i wyciągać z niego jad. Całość sprawia wrażenie bardzo niepokojącego egzorcyzmu w skocznej oprawie.

Spójrzcie zresztą sami jak to wygląda na takim tam etnograficznym dokumencie (hardkor od 4:22):

i część druga:

Nie dziwota, że badacze porównują tarantyzm z obrzędami afrykańskich kultów voodoo (tutaj troszkę więcej).

Wracając do tarantuli - nie wiem wciąż, dlaczego właśnie ona obwiniana była o opętania. Fakt faktem - ukąszonymi byli przeważnie ludzie "po przejściach". Wg relacji sycylijskiego adepta etnomuzykologii: ludzie w jakiś sposób napiętnowani społecznie (wdowy, czy geje na przykład) lub ci, którzy przeżyli ogromną stratę. Powrót do wewnętrznej harmonii miała zapewnić im taranta.

Tutaj rzeczowo i po angielsku:

W Salento rokrocznie odbywa się wielki festiwal pizziki (taniec z grupy tarantellowatych :) ). W tamtejszych kioskach bez problemu można znaleźć pocztówki przedstawiające tarantule, czy tańczące kobiety. Ich tradycyjne tańce mają się tam bardzo dobrze i, choć niewielu tarza się już przy nich po ziemi, wszyscy chętnie podrywają się do tańca... Bo jak tu nie zatańczyć, gdy słyszy się takie dźwięki?


Mam nadzieję, że uda mi się dopaść gdzieś obszerniejszą literaturę na ten temat (polska etnografia nie brata się zbytnio z włoską). Póki co włączam spokojniejsze dźwięki i zanurzam się w kłęby pościeli, kędy będę kichać, smarczeć i narzekać na jesienne połamanie.

piątek, 12 października 2012

W autobusie w Bergamo pewien Niemiec, słysząc, że wybieramy się na południe Włoch, poinformował nas po rosyjsku (chodzący Ribbentrop - Mołotow normalnie), że na Południu to już nie są Włochy. To jest Puglia.

Tamtejsza Północ z tamtejszym Południem chyba niezbyt się lubi (to chyba tak jak u nas w Polsce Zachód ze Wschodem). Od różnych ludzi słyszałam już podobne opinie i podobne deskrypcje tych światów. Sama - przyzwyczajona przez Turyn i Turyńczyków (?) do pewnych standardów architektoniczno - kulturowych zostałam uderzona masą nowych spostrzeżeń. Co obeszło mnie najbardziej, to częste inwazje mniej lub bardziej obcych mi ludzi w moją przestrzeń osobistą.

Bo my z obcymi witamy się tak:

Północ Włoch już rok temu przyzwyczaiła mnie do tego, że z tamtejszymi zawsze należy witać się tak:

A na Południu witają się tak:

I nie ma przebacz...

A co najlepsze - prócz jednego wybuchu, gdzie wśród krzyków i wyrzutów zabroniłam się dotykać pewnemu przytulaśnikowi - te nagłe ingerencje w moją przestrzeń osobistą nie wzbudzały mojego wewnętrznego sprzeciwu. Ba - patrząc na naszych chłopców obściskujących się z tamtejszymi chłopcami nie brałam ich zachowania za trącącego gejozą, a głowa pewnego Italjańca złożona niespodziewanie na moich kolanach nie wykreowała wokół nas poczucia nawiązanej nagle intymności. Tu z obcymi rozmawia się jak z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, a starzy znajomi to już w ogóle rozmaślają się po sobie jak krem po ciastku.

Tak sobie rozmyślam, że tam na Południu, to brak dotyku właśnie świadczy o głębokiej intymności. To tłumaczyłoby, dlaczego rzadko kiedy w ich ludowych tańcach (które przecież taki rodzaj bezpiecznej intymności miały zapewnić tryskającej hormonami młodzieży) ludzie się dotykają.

Klucz do rozwikłania zagadki, dlaczego to wszystko stało się dla mnie tak nagle zupełnie naturalne podała mi J. mówiąc, że wszędzie przecież liczą się intencje, a jeśli intencje interlokutorów (intermacaczy) się pokrywają, to język wyrażenia tych intencji to tylko kwestia dostrojenia kodów.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31