poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Jako że mężczyzna, który chciałby napisać to, do czego ja właśnie się przymierzam zostałby okrzyknięty zacofaną szowinistyczną świną postanowiłam zabrać głos w sprawie tożsamości kobiet. I to nie z potrzeby ujawnienia swoich masochistycznych pobudek czy skandowania "buntowniczych" sloganów, ale tego, co wynika z moich własnych przemyśleń i obserwacji.

Tytuł dzisiejszej notki jest podobny do tytułu poprzedniej (bo kontynuuje temat), a nawiązuje do powieści Balzaca "Serafita" opisującej niebiańską, dwupłciową i dwuosobowościową postać. Dziś skupiam się na osobowości jednej połowy owej postaci - Serafity, czyli modelowej kobiety.

Czy naprawdę jesteśmy równe mężczyznom? Czy słowo "odmienne" jest na tyle pojemne, że odda sytuację taką, jaka jest naprawdę; zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdzie kobiety przejmują role niegdyś przeznaczone jedynie mężczyznom (i nie mówię tu o pracach fizycznych a intelektualnych)?

Nie spotkałam jeszcze w całym swoim życiu kobiety, która swoją kreatywnością i inteligencją dorównywała inteligentnym i kreatywnym mężczyznom (oczywiście mowa o tych naprawdę uzdolnionych :) ).

Każda kobieta jaką poznałam dysponuje trzema cechami (lub przynajmniej jedną z tych trzech), które uniemożliwiają jej totalną aklimatyzację w "męskim" czy "inteligenckim" świecie. Są nimi: brak umiejętności logicznego myślenia/ rozumowanie na "niższych" poziomach, brak kreatywności, brak przebojowości.

Feministki twierdzą, że wśród nagradzanych za różne odkrycia naukowców mało jest kobiet, bo te - od wieków wychowywane w postawie podrzędnej względem mężczyzn ofiary - są zbyt zahukane, żeby odważyć się na własny krok. Osobiście jednak uważam, że nie w tym siedzi sęk. My po prostu jesteśmy odtwórcze. Działamy według schematów i nawet, gdy wprowadzamy innowacje, to swoje korzenie mają w przetarych już ścieżkach. Tak - abstrakcyjne myślenie nie jest naszą mocną stroną.

Nie mogę się jednak nie zgodzić z owym "zahukaniem". Może nie wynika to bezpośrednio z faktu wychowania nas w ten czy inny sposób, ale jest właściwe naszej płci. Kobiety potrzebują duchowych przewodników i mistrzów. Dlatego też zakochujemy się w artystach, filozofach i geniuszach, dlatego też jako nastolatki całujemy plakaty z ponadprzeciętnymi sławnymi samcami. Potrzebujemy poczucia, że to co robimy jest słuszne, a to poczucie wynika z postaw naszego przewodnika. Stąd bierze się nasz brak kreatywności i niepewność własnego zdania (zwłaszcza, gdy przeczy mu nasz autorytet).


Pragnę też zauważyć, ze o kobietach przełamujących podany przeze mnie stereotyp (takie też się zdarzają) mówi się 'babochłopy' i będąc nafaszerowane męskimi cechami są one często pozbawione typowo kobiecych cech. Więc są trochę jak taka Serafita z powieści Balzaca albo mentalna hermafrodytyczna dżdżownica :)

Mimo wszystko jestem zadowolona z tego, że jestem kobietą :) Braki w mózgu zastępuję sprytem, a mój podziw dla bardziej lub mniej platonicznych miłości zapewnia mi przednią rozrywkę emocjonalną. Poza tym - oprócz ciepła i wrażliwości - mam jeszcze jedną broń trzymającą mężczyzn w szachu. I daj Boże, żeby oni w tej kwestii nigdy nie zmądrzeli.

piątek, 02 kwietnia 2010

Idea obojnactwa od dawna już spędza sen z oczu filozofom, literatom i szurniętym artystom. Dzięki hermafrodytyzmowi człowiek miałby osiągnąć platoński ideał. Płeć jest przecież czymś tak losowym i na poziomie pozafizycznym tak niewymiernym, że nie wiadomo jakaż to siła przypisała nam określoną płeć i jakimi kryteriami sie posługiwała.

Oczywiście, można wysuwać argumenty mające potwierdzać nasza tożsamość płciową: statystyczne dziewczynki chętniej sięgają po lalkę niż po samochodzik, a mężczyźni już od najmłodszych lat konkurują ze sobą i starają się zapewnić sobie wysoką pozycję w "stadzie". Posiadaczki biustów kojarzymy z emocjonalnością i efemerycznością, ci z penisami są logiczni i praktyczni. To jednak żaden
dowód. Arabowie do podanych cech przypisaliby odmienne płcie. W takiej kulturze wzrośli.

Płeć jest więc tylko wytworem cywilizacji i drżyj, jeśli okażesz się "chłopczycą" albo "męską cipą". Medycyna jest nam jednak w stanie zapewnić obupłciową powierzchowność i wielu "uwięzionych w złej płci" chętnie z tej możliwości korzysta. Ludzie zmieniający sobie płeć są bezsprzecznie uwięzieni w kulturowym systemie. Co siedzi jednak w tych, którzy z własnej woli decydują się zostać hermafrodytami?

Wokalist(k)a zespołu Psychic TV, Genesis P -Orridge należy do grupy szajbusów, którym nie przeszkadza fakt, że urodzili się mężczyzną. P -Orridge najbardziej narzeka na fakt, że w ogóle posiada płeć. Wraz ze swoim zespołem promuje ideę "pozytywnej androgynii". Człowiek ma wyewoluować w podobny dżdżownicom obupłciowy twór niespętany więzami narzucanych przez siebie od wieków ograniczeń. Pomysł szalony, ale naprawdę coś w nim jest. Dlaczego mamy godzić się na nakazy natury i przez pół życia szukać kogoś, kto dopełniłby naszą niekompletną płeć, skoro moglibyśmy być sami dla siebie "drugą połową"? Zagrać na nosie bogom, którzy rozdzielili człowieka na połowy, bo ten był zbyt potężny :)

środa, 24 marca 2010

Ten autor po wsze czasy będzie kojarzył mi się z krakowskim dworcem. Dworcowy oczytany pan sprzedawca - rastaman podczas około dziesięciominutowej rozmowy o starszych fantastach wyciągnął ze stosów sprzedawanych przez siebie książek "nagi cel" zapewniając, że został napisany przez niezrównanego autora i że na pewno mi się spodoba. Wzięłam więc ... jakże nie wziąć książki polecanej przez człowieka, który uścisnął dłoń Sapkowskiemu i posiada tomiszcze z autografem Dukaja? :)

Przez wiele miesięcy ksiażka kurzyła się na mojej półce wśród innych pozycji "do przeczytania ... kiedyśtam". Kiedyśtam właśnie nadeszło i kilka dni temu skończyłam czytać. Nie wiem czy to tylko moje odczucie, ale zauważyłam, że fabule książek starszej fantastyki towarzyszy charakterystyczny klimat. Atmosfera kreowana przez starszych twórców jest tak specyficzna, że aż zacznę specjalnie zwracać uwagę na charakterystyczne dla niej momenty i może kiedyś rozgryzę ową specyficzność :)

Nie interesują mnie saj-faje, ziewam na samą myśl o możliwości przeczytania historii o światach ściśle zależnych od futurystycznej technologii i nauki. Ta sajfajowata książka nie znudziła mnie ani trochę. Nawet momenty, objaśniające czytelnikowi funkcjonowanie przedstawionego - stereanowego świata były interesujące.

Obawiałam się, że z "płaszczyznowością" powieści będzie tak samo jak z płaszczyznowością twórczości Sapkowskiego - niby wstawki filozoficzne nie są bardzo banalne, ale często sklecone na siłę i wypowiedziane pompatycznie i nadęcie. Za każdym razem, gdy dochodziłam do takich momentów w "Wiedźminie" czy trylogii husyckiej w mojej wyobraźni pojawiał się obraz narcystycznie dumnego ze swoich wynurzeń autora.
Snerg nie popełnia tego błędu - zgrabnie miesza sensacyjną i filozoficzną sferę nie siląc się na autorytatywny, czy odkrywczy ton.

Prócz powyższego - co najważniejsze - wszystko, co zostało przedstawione w książce jest bardzo świeże - zarówno od strony filozoficznej jak i fabularnej. Naprawdę żałuję, że powieść nie była dłuższa.
Największym mankamentem książki jest jej zakończenie - miałam wrażenie, że autor nie wykorzystał potencjału utworu ... dlatego też czuję niedosyt i dlatego też ocena spada o 2 oczka, a nie o 1 - jak wcześniej planowałam

OCENA: 8/10

niedziela, 21 marca 2010

Program "Gwiazdy na dywaniku" nadawany przez Polsat Cafe budzi kontrowersje, z powodu "subiektywności" i jadowitości pań prowadzących (Horodyńska & Malinowska). Oglądnęłam kilka odcinków i dołączam do grona tych co twierdzą, że programy w Polsat Cafe (z tym na czele) to jakaś pomyłka.

Wszystkie polskie stacje pokroju TVN i Polsatu dążą do skopiowania materiału rynku zachodniego (nie inaczej robi telewizja publiczna, ale ta kopiuje rzeczy dawno na zachodzie zapomniane). Zgodnie z tą tradycją "Gwiazdy na dywaniku" są kopią zachodnich modowo - krytykanckich programów Jednym z takowych jest na pewno "Naked Fashion" emitowany przez TVN Style. Polsat totalnie skopał sprawę.

Co to za pomysł, żeby zatrudniać do programu rozrywkowego dwie pretensjonalne wiedźmy, które wyświetlają sobie fotaski gwiazd i plują na nie krytykancką flegmą na dokładkę oceniając i dorzucając bardzo 'sarkastyczne' teksty?
Pani Horodyńska
razi wpadkami językowymi (bardzo finezyjnie wymieszanymi z pełnymi dystynkcji słowami) i bardo dobrze komponuje się z nieustępującą jej panią Malinowską na opisywanie której szkoda mi czasu słów. Co najśmieszniejsze w programie - prowadzące wspaniałomyślnie pozwalają oceniać swoje stroje "przypadkowym przechodniom".

Naked fashion za to nie budzi negatywnych emocji widza, jest prowadzony przez ładnych i kompetentnych ludzi w przyjaznej atmosferze, gdzie nawet najbardziej znienawidzona przez ogół gwiazda nie dostanie chamowatego komentarza, bo ludzie ją oceniający skupiają się TYLKO na stylu (to samo deklarują panie z "Gwiazd na dywaniku", ale im nie wychodzi). Poza tym ramówka jest o niebo lepsza - nikt nie sili się na tanie animacje i "dżezi luk". Wszystko w tym programie jest niewymuszone, ale też profesjonalne. Twórcy "Gwiazd na dywaniku" za to starają się na siłę nadać programowi 'luksusową' formę, która zdecydowanie przerasta treść.

Podobnych rzeczy zarówno w TVN Style jak i Polsat Cafe jest na pęczki. Proszę droga telewizjo polska! Nie odwalaj takiej fuchy - puść więcej Goka :)

sobota, 13 marca 2010
Nie ma lepszego miejsca na prowadzenie domorosłych badań socjologiczno - antropologicznych niż długie kolejki. Najlepiej takie, gdzie czekający może sobie usiąść i poobserwować ludzi przysłuchując się ich rozmowom.
środa, 10 marca 2010


Źródło: http://porysunki.blox.pl/html :)

No i jak "nie dawaj pan kwiatka" skoro "daj pan kwiatka!"? :D

wtorek, 09 marca 2010

Nie wiem, czy jest to tylko moje spostrzeżenie, czy jakaś ogólnie uznawana prawda (co jest możliwe, bo nie brzmi zbyt odkrywczo ;) ) - obyczajowość niska jest trochę groteskowym odbiciem obyczajowości wysokiej... A może to wysoka niskiej?
Bez względu na to, czy pierwsze było jajko czy kura - z tej samej matki pochodzą zarówno błękitnokrwiści
jak i chłopokrwiści.
No bo czymże tak właściwie różnią się przedstawione na zdjęciach panie? Że jedna ma pstrokate korale, a druga dumne perły i kryształy? Że jedna przyodziewa się w len a druga w atłasy?
Szczegóły, drodzy państwo, szczegóły. Wszak to nie człowiek zdobi szatę, a szata człowieka, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy cepelia miesza się z wiktoriańskimi sukniami, a 'państwo' i 'chamstwo' to tylko chwytliwe s
logany.

Skoro to nie urodzenie świadczy o "szlachectwie", szlachectwo przejmowane jest przez wszystkich zainteresowanych i - odpowiednio przetwarzane - daje groteskowy "niski" efekt. Obiecałam wczoraj o tym napisać, więc skupię się jedynie na wycinku powstałej tombakowej hybrydy - obyczajowości.

Spotkałam niejednego pana mieniącego się człowiekiem "starej daty" (znaczy, że taki szarmancki i pełen szacunku dla kobiet), czy sprzeciwiających się postępowi synów takich ludzi. Na nieszczęście
niesfeminizowanych kobiet - niesfeminizowani mężczyźni "starej daty" często okazują się być zwykłymi robociarzami , którzy szlachetne perły królowej Margot przetworzyli w kolorowe, zsocrealizowane korale Jagny.

Przykład robociarskiej groteski: pocałunek w dłoń. Tak pięknie wygląda on na filmach i starych malowidłach, więc wartoby - myśli sobie współczesny pan szlachcic - zawstydzić wyzwoloną kobietę swoimi manierami. Wystawiają tacy rękę niewiastom, i jak tylko pochwycą alabastrową dłoń ciągną ją do swoich gąb na wysokość metr osiemdziesiąt. Gdy ujrzą zaś zmieszanie na twarzach całowanych białogłów dobiją trzeci gwóźdź do trumny - z rozbrajającym uśmiechem informują o swoim "tradycyjnym wychowaniu". Podziękuję zarówno za taką tradycję jak i takie całowanie. Zostaję feministką :)

To był ósmomarcowego narzekania ciąg dalszy. Oczywiście nie jest tak źle jak sugerowałby tekst wyżej, bo robociarstwo nie opanowało jeszcze całego samczego gatunku. Upraszam jednak wyrozumiałości - przecież wczoraj był Dzień Kobiet!


Ps. To nieprawda, że tylko mężczyźni mogą być "szarmanckimi robociarzami". Robociarstwo to bardzo wyemancypowana kategoria - dotyczy zarówno mężczyzn jak i kobiet, ale jako, że w tych dwóch notkach narzekałam na mężczyzn - sprawę kobiet (w tym i swoich uchybień) zakrywam woalem milczenia :)

poniedziałek, 08 marca 2010

Demotywator głosi:
- Nie poniżaj się! Zwal sobie!


Wcale mi się nie podoba, że tyle mężczyzn stosuje się do tej rady i się nie poniża. Jeszcze bardziej nie podoba mi się, że to nie ich wina. Bo jakże tu winić chomika, który nie staje na tylnich łapkach, żeby dostać chrupka, skoro dostanie go tak czy inaczej? Brawo emancypantki! Brawo robociarze!

Współczesne Emancypantki:
- To mężczyzna ustalił zasady oddawania kobietom szacunku, dlatego też całowanie w nas w rękę uznajemy za przejaw seksizmu i upodlenia. - I to jest święta racja! Jesteśmy traktowane jak samice najpodlejszego gatunku zwierząt przez najpodlejszych samców! Nie od dziś wiadomo, że dobór partnera w przyrodzie jest kwestią czysto instynktowną, a przez to - zwierzęcą. Stroszenie piórek, budowanie gniazdek, głośne kwakanie... Wszakże jesteśmy ludźmi, nas nie dotyczą brudne zwierzęce perwersje.
Która kobieta sama wpadłaby na pomysł podziwiania męskiej postawy i obyczajów, jeśli nie zostałaby do tego zmuszona przez mężczyzn właśnie? Podejrzewam, że płeć męska najbardziej lubi odgrywać w życiu upadlanych przez siebie kobiet rolę pełnego zwierzęcych galanteryj pana Wokulskiego. Po co wykorzystywać atuty rozumu, gdy brakuje nam mięśni, skoro można ubłagać mężczyznę, by zezwolił nam dźwigać ciężary, a potem protestować przeciwko jego krzywym uśmieszkom?

Jakże często marzę o przeniesieniu się obyczajowo o wiek (lub dwa) wstecz, gdy kobiety nie były jeszcze tak mądre jak dziś. Gdzie trzepotem rzęs i najwyższą łaską pozwolenia pocałowania swoich ust byłabym w stanie kierować wolą ciemieżącego mnie mężczyzny. Gdzie byłabym muzą i boginią. Gdzie żaden samiec nie usiadłby, gdybym ja zdecydowała nie zająć swojego miejsca w najwygodniejszym fotelu.
Wreszcie - gdzie obrona honoru kobiety nie byłaby przez nikogo uznawana za przestarzałą, niepotrzebną szopkę :)


Marzę również o czasach, gdzie wychowanie "starej daty" nie oznaczało "wychowania robociarskiego". Ale o nim w następnej notce.


Z okazji Dnia Kobiet, mężczyznom - nauczcie nas na powrót stawać się boginiami :)

czwartek, 04 marca 2010


Jeśli nie słyszałeś wcześniej o chatroulette, przed przeczytaniem notki obejrzyj ten filmik. Jeśli słyszałeś, to też obejrzyj, bo fajny :)

Internet zwariował na punkcie czatruletki... no i ja też trochę ;)

Jak mówił pan w filmiku z linka: to strasznie hazardowa sprawa - nigdy nie wiesz, kogo wylosujesz, no i w jednej chwili czatowo możesz przeskoczyć z Chin do Paragwaju :) Zdążyłam być już 23 - letnią studentką z Gdańska, z Wrocławia i z Warszawy. Niemal za każdym razem studiowałam co innego (nawet wiek zmieniał mi się co jakiś czas) i nabywałam coraz to nowe zainteresowania.
Z początku (znów nie tylko moje odczucie) przykro było zostać wynextowanym, ale później jak chwyciło się bakcyla, to samemu nextowało się ludzi ile wlezie, a jak już odrzuciło się się odpowiednią ilość zboczeńców, chamów i brzydali, to czasem można nawet było pogadać przez kilka minut. Tak to też przekonałam się, że ogólnopanujące stereotypy o ludziach poszczególnych narodowości są jak najbardziej właściwe.

Np. Germańcy byli najbardziej różnorodni :) Miłe dziewczyny, nazistowcy fuhrerzy, spokojni userzy... najwięcej na ruletce było właśnie szkopów i Francuzików również spełniających wszystkie stereotypy pedałkowatych, zadufanych w sobie maminsynków (nawet płci żeńskiej). Amerykanie byli - zgodnie z oczekiwaniami - najbardziej przyjaźni i uśmiechnięci i ponoć wiedzieli, gdzie leży Polska (google maps? ;) ). Zdarzyło mi się nawet porozmawiać z Heathem Ledgerem! Często pojawiali się też userzy z Anglii , którzy raczej nie prezentowali żadnych cech szczególnych, prócz swojego obrzydzenia do Francuzów (tę cechę mamy chyba z Angolami wspólną). Na ogół całkiem sympatyczni. Rozmawiać zaczęłam też z Włochami , ale nie pogadałam długo, bo byli nachalni i prostaccy - jak to Włosi (przynajmniej ci dwaj, z którymi rozmawiałam).

Czatruletka to fajna rzecz, ale przestrzegam - masz coś ważnego do zrobienia - nie wchodź, bo to strasznie zżera czas :)

poniedziałek, 01 marca 2010

Przeczytałam dziś na pewnej chrześcijańskiej stronie, że ten, kto praktykuje jogę budzi w sobie jadowitego węża, który uaktywnia się w czakrze podbrzusza i po linii kręgosłupa pełznie aż do trzeciego oka. Cóż - gdyby mój wąż wierzył w te bajdoły, to by w życiu nie dotarł na samą górę, taki jest ten mój kręgosłup pokrzywiony.

Od dziś znów zaczynam ćwiczyć i chyba uwierzę w historię o różnicy między jogą w studiach fitness i studiach jogi. O jodze w fitnessie pisałam kilka notek temu, ćwczenia w wyspecjalizowanym ośrodku, to rzeczywiście niebo a ziemia. Niedość, że taniej, dłużej, wydajniej, to jeszcze mam poczucie, że się mną ładnie zajmują :)
No i wyszłam dziś z zajęć czując większość mięśni (fitnessy dawały mi może połowę tego uczucia). Ogólnie zaczyna się fajnie. Żeby tylko jeszcze oprócz naciągania zrobiło mi sylwetkę a'la Dita von Teese ;)

Nic jednak nie zastąpi porządnego wycisku jaki dostawałam lata temu na Kung Fu. Teraz już nie te lata i zdrowie nie te niestety.

| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31