poniedziałek, 03 czerwca 2013

Bardzo długo mnie tutaj nie było. Wróciłam do domu kilka dni temu i wciąż czuję się, jakby mnie wessało do jakiegoś innego wymiaru. Bardzo fajna sprawa taki Erasmus. Fajna sprawa taki Erasmus w Finlandii... choć Fińczyki to, o ile przyrodę mają cudowną, o tyle miast budować nie potrafią (wielka płyta i obskurne place).

So krzyczy na mnie, gdy tak kręcę nosem, że co mi po pięknych budynkach, skoro nie ma żłobków, wypłat i tęgiego socjala (bo takie rzeczy w Finlandii są na wysokim levelu). So krzyczy też, że przecież nie chodzę codziennie do muzeów/ teatrów/ galerii, żeby nagle ich mała liczba miała jakoś znacząco wpłynąć na moje życie. So niby ma rację...

 

Historyczna architektura szczęścia nie daje, ale ja wolę płakać chodząc po kocich łbach.

I tym optymistycznym akcentem rzucam się płakać i śmiać na rynek renesansowej perełki małopolskich miast.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Erasmus stawia nie lada wyzwania parom, które na czas turnusu wymiany studenckiej rozjeżdżają się na dwa końce świata. Dyskoteki, chłopaki, nauka...
Żeby zapewnić sobie choć cień pewności, że nasze umiłowanie nie będzie zbytnio szaleć po kilku szotach wódki salmiakowej (nigdy więcej...) można wymóc na nim ustawienie sobie nowej profilówki (z odpowiednio wyeksponowaną twarzą posiadacza klucza do naszego serca i rozporka), doprowadzić do wyznań miłości pisanych na tablicy (oczywiście po angielsku) i/ lub zażądać ustawienia zaangażowanego statusu w związku.

Tutaj, gołąbkowi w potrzasku podwójnego życia, który właśnie dodał do znajomych zapoznanego gdzieś na international dinner gorącego mulata, z pomocą przychodzą ustawienia prywatności.

I chłop syty i mulat cały.

Tak jeszcze a propos statusów w związkach. Do palety możliwości związkowych doszła 'zemsta za rosołek'. Czy twoja babcia (mama?) ma facebooka? Czy mają go również jej koleżanki?

Byłaby szkoda, gdyby zyskały nowy temat do plotek na temat rozpustności jej wnuczki...

(dla niekumatych - podpowiedź w postaci rebusa)

Wracam do mulata nauki. Dobranoc!

środa, 27 lutego 2013

To takie przykre uczucie, gdy prawie codziennie dzieje się coś wartego opisania, albo wykminiam coś, co wręcz należy uwiecznić, ale jakoś tak ten... no i wiecie...

Po raz kolejny w życiu tego bloga czas na zapchajdziurę, która mówi, że nie umarłam, ale tonę w natłoku informacji i zapadam w kolejne płonne piśmiennicze ciąże. Jak tu pisać, skoro jest tyle rzeczy do napisania?! No i mam też mocne wątpliwości, czy jest jeszcze dla kogo tutaj pisać.

I co tu zrobić, no?

Póki co przygotowuję się do śródsemestralnego egzaminu, robię dziwne rzeczy z obcokrajowcami (z Polakami też zresztą) i planuję marcową etnowycieczkę.

piątek, 01 lutego 2013

Minęła już chwilka odkąd ostatnio pisałam. Nawet na Ikkunie przestój. Ckni mi się do wylewania z siebie tych wszystkich przebłyskotliwych myśli, które teraz przeważnie idą na zmarnowanie. Przyjechani niedawno goście z Polski zostali właśnie zabrani do sauny, a ja smarczę i kicham, więc zostałam przed kompem... no a chyba nie będę pisać esejów na folklorystykę, prawda? Poprawiam więc tyłek na krześle i odpalam bloxa. W tej notce opowiem dwie historyjki.

Po pierwsze

Trzy panie etnolog siedzą przy herbatce.

- Wiecie, my tu gadu, gadu, a mój świat od dwóch tygodni stoi do góry nogami! Człowiek poznaje tylu obcokrajowców, na tyle kultur się natyka, ma szansę dowiedzieć się o nich tylu nowych rzeczy... i nagle przekonuje się, że to, co wbijali mu do głów od dziecka, że stereotypy są be i że nieprawda, to wszystko to bujdy! Ja tutaj znajduję potwierdzenie dla wszystkich kulturowych schematów!

I racja. Chinole (znaczy wszystkie skośne z Azji) są cyborgami, nasze identyczne blond Holenderki wyglądają jakby je wycięto z katalogu, Niemki (w tym Austriaczki :) ) - klasyczne Helgi, Amerykańce są wygadani i średnio ogarnięci, Ruskie zakładają uszanki tylko od minus dwudziestu, Włosi to egocentryczne maminsynki...

... a my z So znalazłyśmy sposób jak nie płacić za pranie.

Po drugie

Rozżalona So rzuciła kiedyś, że tutejsze imprezy bardzo zepsuły jej lans na fejsiku. Przytaknęłam jej, równie rozżalona.

Musicie wiedzieć, że So ma dużo lanserskich zainteresowań. Tańczy, żegluje, łazi w dziwne miejsca z dziwnymi ludźmi, przebiera się za prasłowiankę, aktywizuje się obywatelsko... Jak się wejdzie na tablicę So, to zobaczy się ją w niebanalnych miejscach robiącą niebanalne rzeczy.

Wiem, co mówię - gdy dodawałam ją do znajomych i robiłam wstępny risercz na jej temat, pokiwałam z uznaniem głową.

I ja mam się czym pochwalić. Wszak nie każdy może szczycić się oznaczeniem na zdjęciu, w którym dzierży się dziadowską (w sensie taką, jaką nosiły dziady :D) lirę korbową, gdzie wygląda się, jakby umiało się na niej grać. Nie każdy również ma zdjęcie z etnożniw, na którym wygląda się, jakby się umiało żąć sierpem... Takie rzeczy na fejsie, to naprawdę tęga sprawa.

A teraz?

1 - zbiorowe z klubu, 2 - zbiorowe z kitchen party, 3 - kroję sushi, 4 - rozmawiam z kimś z piwem w ręce, 5 - znowu jakiś clubbing, 6 -...

Obrzydliwość, banał i totalna delansacja.

Postanowiłyśmy z Sofi uciekać sprzed obiektywów, póki na tablicach widać jeszcze stare, lanserskie fotki.

 

Miała być jeszcze jakaś konkluzja, ale Polaki już wrócili. To spadam do Polaków. Pozdrówki! :)

niedziela, 20 stycznia 2013

Drugiego dnia mojego pobytu w Finlandii zorganizowano nam pogadankę o różnych administracyjno - studenckich sprawach. Opowiadali tam, jak się logować na ichnie usosy, gdzie kupić kartę autobusową itp. Wśród prelegentów była pani opowiadająca o studenckiej przychodni. Pod koniec swojego wystąpienia dodała:

Mam nadzieję, że wszystko, o czym wam opowiadałam było zrozumiałe i nie będziecie mieć później problemów ze skorzystaniem z pomocy lekarskiej. Uważajcie na siebie. Ubierajcie się ciepło, jedzcie zdrowo, nie pijcie za dużo, używajcie kondomów i zażywajcie profilaktycznie witaminę C, a na pewno wszystko będzie w porządku i nie będziecie musieli się do nas zgłaszać.

Pomyślałam wtedy, że albo żyję na innym świecie, albo ta pani czerpie wiedzę o studentach z amerykańskich seriali. I cóż...

Gdy następnej nocy patrzyłam na zachowania wieeelkiej części braci orgasmusowej i gdy tak próbowałam sobie nazwać to, co widzę, w głowie rozhuczało mi się słowo mating... do teraz nie mogę znaleźć polskiego odpowiednika (no bo "gody" to tak bardziej elegancko, staroświecko i nieadekwatnie brzmi).

Tak... do klubu przychodzi się, żeby się matingować (z finiszem, bądź bez niego).


Znużona tańcami i swawolami wychodziłam czasem na samotne wycieczki po pięterkach. Samotna samica prędko staje się łakomym kąskiem dla polujących samców. Gdy zatrzymywałam się na chwilę, by się rozejrzeć za mniej lub bardziej znajomymi twarzami, podczas owego rozglądania trafiałam często na śliski wzrok tego, czy owego klubowicza. I parli tacy w moją stronę, więc trzeba mi było salwować się ucieczką. Najgorsi są jednak dobrzy tancerze - trudno o nich na parkiecie, a jak już się jakiś trafi, to po jednym, czy drugim kawałku próbuje obłapiać... no i taneczne źródełko wyczerpane...

Wszystkie daddy issues mają tutaj jednak bez wątpienia wiele radochy.

Pomni zaleceń pani z przychodni, organizatorzy studenckich imprez wyszli na przeciw potrzebom rozbuchanych przyjezdnych. W koedukacyjnych kiblach, za dyskretną ścianką oddzielającą pisuary od reszty świata, wisi automat z prezerwatywami. Nie wiem, czy w Polsce też takie mamy, czy to zachodni wynalazek, ale zaskoczyło mnie, że nawet w feminizujących krajach  nordyckich kupowanie gumek to wciąż męska rzecz. 


Dość starobabowato brzmi ta notka. Ciężko mi ją przeredagować, a nie oddaje do końca mojego stosunku do mainstreamowych klubów. Mimo tego, że mi się tam nie podoba, to w sumie mi się podoba - oprócz zabawowego communitas, przecież która niewiasta nie lubi, jak się do niej ślinią, gdy baunsuje na parkiecie? :) Uważam wszelakoż, że ciekawiej bywa na imprezach kuchennych, a localsów poznać można przecież w innych miejscach - w pubie, w w bibliotece albo na planszówkach!

Ps. Nawet jak kto nie uczestniczy w matingu i wmawia sobie, że przecież można jeszcze potańczyć czy porozmawiać (próbowałam rozmawiać w klubie kilka dni temu - do teraz mam chrypę), zawsze może zostać oznaczony na niezapomnianych zdjęciach na fejsiku. O nich następnym razem :)

sobota, 12 stycznia 2013

Nie chadzam do klubów. Nie podoba mi się tamtejsza muzyka (przeważnie stylistycznie uśredniana, coby nikomu specjalnie nie przeszkadzała), jest głośno - więc z nikim specjalnie nie pogadasz, jest ciasno - więc i specjalnie nie potańczysz, no i jest drogo. W ciągu ostatniego tygodnia gościłam w tym przybytku rozpusty więcej razy, niż wcześniej w ciągu całego życia... Więc i spojrzałam nieskażonym wcześniejszymi klubowymi doświadczeniami okiem na erasmusowe imprezy integracyjne.

1) Do wyjścia należy się przygotować. I nie mówię tutaj o obowiązkowym umalowaniu się (jerzu! do czego służy ta wysuwana końcówka w szmince?!), czy wzięcia ruskiego prysznica, pryskając się z każdej strony perfumami. Przed wyjściem do klubu należy się wstawić i - nie daj Boże - nie przyjść przed północą (raz przyszliśmy i było zdechle).

No to się wstawiam. Przyjemna to czynność (choć w Finlandii bardzo kosztowna) zwłaszcza, że przyczynia okazji do zapoznawania. Bardzo lubię się zapoznawać, więc, wśród gwaru, rozmawiam o sanskrycie z Nepalczykiem, o pokrywkach na garnki z Litwinką, o całowaniu z Włoszką, czy o mazurkach z Amerykańcem.

2) W klubie trzeba się dobrze bawić. Na parkiecie, przy barze, czy na kanapach. Presja rozpędzonego stada płacącego 2,5€ za szatnię i 7€ za drinka jest tam ogromna - przymus dobrej zabawy pozbawiał mnie lekkości bytu... choć w zasadzie bawiłam się dobrze. Bardzo dobrze nawet.

Nie wiem tylko, czy to za przyczyną klubu, czy tego, że generalnie dobrze się bawię ;)

3) O dziwo - w klubie da się poznać nowych ludzi. Choć owo poznawanie było mocno utrudnione przez czynniki zewnętrzne. W klubie da się nawet poznać rpgowców!

Inna sprawa - w klubie ciężko zacieśniać więzi (te takie mentalne). No chyba, że w babskim kiblu.

Wszystko to fraszka. Zbliżamy się do sedna mojego wywodu:

W klubie można łatwo zamoczyć.

... a przynajmniej pomacać. Ale o tym w następnym odcinku. :)

sobota, 05 stycznia 2013

Bywało, że byłam spłukana, ale nigdy nie byłam biedna. Bieda to stan umysłu.

Cytatem z mądrości Gabrielle Solis rozpoczynam dzisiejszą notkę.

Nigdy w życiu nie zaznałam biedy. Nigdy nie było tak, że nie mogłabym pojechać na wycieczkę szkolną, zaopatrzyć się w nadprogramowe buty, czy nakupować słodyczy w sklepiku szkolnym. W podstawówce nie rozumiałam, jak ktoś może ot tak nie jeździć na fajowe wycieczki, czy chodzić w pozszywanych swetrach.

W gimnazjum i liceum zapanował lans na biedę. Serio - im ktoś był biedniejszy, tym był fajniejszy. Z dumą stawało się w grupce jedzących i żebrało o kanapkę albo oznajmiało nauczycielowi, że 50zł za jednodniową wycieczkę szkolną to chyba jakieś kpiny. Jako przedstawicielce klasowej burżuazji było mi czasem trochę głupio i miałam nawet za złe rodzicom, że zarabiają więcej, niż najniższa krajowa.

Nigdy nie nauczyłam się oszczędności. Gdy poszłam na studia miałam duże problemy z rozrzutnością i późniejszym dociąganiem do pierwszego (no bo przecież nie będę prosić o podwyżkę rodzicielskich dotacji - była wystarczająca. To moja wina, że mi nie starczyło). Lubiłam nawet te moje kalafiorowe obiadki, poszukiwania złotówek zaplątanych w kieszeniach, kombinowania i ograniczania się w wyjściach do knajp między zajęciami. Czułam w tym ten studencki lans, ciekawe doświadczenie. Nigdy nie czyniłam sobie w głowie żadnych podziałów na biednych i bogatych znajomych. Ot, jedni akurat mają kasę, a jedni akurat jej nie mają. Jako tymczasowa przedstawicielka tych niemających byłam spłukana... nigdy biedna.


Cała ta światła retrospekcja wiedzie nas do nieuchronnej konkluzji. Dzisiaj dopadła mnie bieda. Zaczaiła się na mnie przy Szwajcarze, który zaproponował So i mnie wracanie do domu taksówką, bo przecież "jak się podzielimy to wyjdzie tylko pięć euro na osobę" (propozycja oczywiście odrzucona - lepiej wracać za darmo ostatnim busem tuż po północy), potem wyskoczyła mi z najtańszego piwa za dwadzieścia złotych. Ostatecznie złapała mnie w płatnej szatni jednego z fińskich klubów, gdzie zapytałam, ku zdziwieniu szatniarek, czy mogę prosić o powieszenie dwóch kurtek na jednym wieszaku...

I nagle powtarzane nowym znajomym z perlistym śmiechem i mocnym ruskim akcentem zdanie "We're just poor students from Eastern Europe" nabrało kolorów. A więc tak to jest być biednym?

Sprawa nie tkwi w posiadanych przez ciebie funduszach, ale w stosunku twojej kompanii do panujących wokół cen. Hiszpanie, Włosi, Niemcy, Australijczycy... - wszyscy narzekają na wysokie ceny, ale jednocześnie zostawiają w klubach dziesiątki euro. Mam wrażenie, że to tak jakby Polak miał zapłacić dychę za piwo w knajpie - trudne, ale nie niemożliwe. Ziomkom z Zachodu nie mieści się w głowach, że to wszystko może być dla kogoś AŻ tak drogie.

Tymczasem dla nas ceny wykraczają poza wszelką skalę przyzwoitości. Nie byłoby takiego problemu, gdyby wszyscy nie ważyli sobie lekce, ile dziś wydadzą, ale wspólnie zabunkrowali się w akademikach pijąc bimber. To społeczność czyni nas biednymi - nie ceny. Jeśli szybko nie zorganizujemy/ dołączymy do grupy bawiącej się w niepłatny sposób (znalazłyśmy już np. lokalną grupę planszówkową :) ), czeka nas samotne pół roku przed kompem (ale za to z podróżami)... Zawsze możemy skrzyknąć innych poor students from Eastern Europe... I tak, proszę państwa, tworzą się kasty.

Acha. Pojutrze idę na łyżwy, które będą mnie kosztować jedną trzecią moich oszczędności pozostałych do osiągnięcia miesięcznego limitu (a więc - jeśli chcę coś zaoszczędzić na jakieś podróże - czeka mnie kombinowanie nieziemskie). Czy to znaczy, że jednak wciąż jestem spłukana, nie - biedna, czy że po prostu głupia?

środa, 02 stycznia 2013

Nie mam pojęcia jak to się stało, że jeszcze o tym nie napisałam. Był to jeden z pierwszych tematów, jakie chciałam poruszyć na blogu (z tego okresu jeszcze, kiedy blogowałam głównie z frustracji i wewnętrznej konieczności, a nie przede wszystkim dla funu). Temat o jedynej chyba fobii, jaką mam jeśli chodzi o męski ubiór - kaszkiety!

Fobii tak silnej, że kiedy mi amore zażartowało kiedyś, że sprawdzi moją miłość i kupi sobie kaszkiet, odpowiedziałam tylko: na twoim miejscu nie testowałabym mojego afektu w ten sposób. Każdy afekt rozbija się prędzej czy później o jakiś kaszkiet w rodzinie. Więcej temat nie był już poruszany... Oprócz tego razu, kiedy kaszkietopodobna czapka zimowa zakupiona kiedyś w Croppie pewnego dnia znikła bez śladu (oczywiście, nie mam z tym nic wspólnego - to przeznaczenie).

Jasne, ciemne, w kratkę, w kropki, z wydzielonym daszkiem, bez wydzielonego daszka, eleganckie, "na luzie"... to wszystko nie ważne. Kaszkiety nie budzą mojego wewnętrznego sprzeciwu tylko wtedy, gdy noszone są przez panów w podeszłym wieku

Wobec powyższego naprawdę nie wiem, czy cechy, jakie dostrzegam u kaszkieciarzy są w nich rzeczywiście, czy to tylko moja wyobraźnia podsuwa mi podstawy do tego, żeby mężczyzn w kaszkietach kwalifikować do osobnej, nielubianej przeze mnie subkultury.

  1. Jeden jest Grinpisiarzem, chodzi po Rynku i nagabuje ludzi. Zwykle uciekam od takich, ale - jako że miałam do czynienia z kaszkieciarzem (noszącym szerokie spodnie do pół łydki i stopki pod adidasami nota bene) - przystanęłam, by zweryfikować swoje poglądy.

                  Tutaj powinien zostać przytoczony odpowiedni, wymowny cytat z naszej rozmowy, ale owej nie pamiętam. Mogę jednak zapewnić, że po tej pogawędce, moje przekonania o kaszkieciarzach nie drgnęły ani o centymetr. Ot kozacki bubek chodzący w stopkach.

  2. Stylizujący się. Chodzą na swing, słuchają winyli, noszą jedwabne szaliki i recyklingują międzywojenną elegancję. Taka Piwnica pod Baranami albo Grzegorz Turnau. Nie mam na ich temat wiele do powiedzenia prócz tego, że są oddanymi fanami kultury wysokiej, studiują filmoznawstwa i teatrologie, i się nie pospolitują. Nie muszę chyba dodawać, że poziom zblazowania (dzięki ci, języku polski, za udostępnianie mi zasobów tak celnych słów!) sięga zenitu.

  3. Mam kilku kolegów - kaszkieciarzy. Prócz turnalistów zalicza się do tego zacnego grona oświecona uniwersytecka brać, żesz ich mać. Każden jeden kropka w kropkę. Czasem dawałam im szansę wyjścia z tej hańbiącej kaszkieciarskiej grupy przekonując siebie, że przecież stereotypy, że przecież oni tacy sympatyczni i interesujący... no ale wyłazi im z tych kaszkietów prawdziwa natura.

    Piszą wiersze, publikacje, są politycznie zaangażowani (zarówno z jednej jak i z drugiej strony), nazywają bibliotekę na Rajskiej swoim "drugim domem... choć właściwie to pierwszym, bo w nim bywają częściej hi-hi", słuchają muzykę alternatywną, ale nie pogardzą też mainstreamem (są zbyt oświeceni na takie wąskohoryzontne klasyfikacje), są backpackersami i blogerami. No i nie przyjeb tu takiemu!

 Wszystkie te grupy łączy wysoki poziom pozerstwa.

 

Czytając te punkty stwierdzam, że sama powinnam kupić sobie kaszkiet...

 

Kaszkiet stał się dla mnie symbolem krakowskiego turnalizmu tudzież warszawskiej praskości.

O warszawskiej Pradze niewiele mogę powiedzieć, więc tylko zaznaczam obecność tej podgrupy.
Termin "turnalizm" przyszedł mi do głowy, gdy kilka lat temu oglądałam Wojewódzkiego. Podpytywał Grzesia z różnych stron, starał się rozśmieszyć, starał się zahaczyć, ale natykał się na grubą ścianę wyższości artysty, który, przekładając nogi z jednego kolana na drugie, dystynkcję powlekał nutą zblazowanej nonszalancji... I tak otwarły się przede mną wrota konotacji.

Pisałam kiedyś, że w Krakowie na Brackiej pada czynnik K, czyli lans na kulturę. I nikt inny tego lansu nie wprowadza w życie tak dobitnie, jak nasi kaszkieciarze właśnie.

 

Ps. So podała mi cenną wskazówkę klasyfikacyjną, którą się tutaj podzielę. Warszawski hipster ma nosić iPhona i RayBany, a krakowski - okularki na Turnaua i kaszkiet. Ot kolejny wyróżnik czynników K i W :)

Ps2. Serio muszę kupić sobie ten kaszkiet, żeby nie być klasyfikacyjnie gołosłowną.

Źródło fotki.

czwartek, 27 grudnia 2012

Jutro z rańca wylatuję z Polszy do Skandynawii, kędy jadę oglądać najstarszy skansen w Europie i świętować z okazji Nowego Roku... A potem na pół roku do Finlandii...

Znowu mam milion notatek notkowych, ale jakoś tak nie wychodzi, żeby je w końcu napisać :) Póki co jestem trochę rozleniwiona przez pożegnalny alkohol i nie sądzę, żeby pisanie dłużego tekstu, niż ten dobrze zrobiło temu blogowi.

Do zobaczenia wkrótce! Już wkrótce - z lekkim opóźnieniem - kolejne notasqui.

Mam nadzieję, że na ikkunaprinsessie również :)

Buziaczqui :*

Ps. Niech mi ktoś kupi takie!

czwartek, 13 grudnia 2012

Nie piszę, nie dzwonię, dyskretnie zakosiłam swoją szczoteczkę z łazienki...

Ale pamiętam! :) I skrobię nawet trochę jakąś notkę.

Póki co, po pierwszej fali przedwczesnych egzaminów, kiedy to kładłam się o 21, a wstawałam o 4:30, zbieram się na imprezę z okazji św. Łucji. Jej kult łączy trzy zupełnie różne kultury i trzy bliskie mi tradycje - no to wychylę z okazji pozornie najdłuższej nocy w roku... Zwłaszcza, że zdałam już folklorystykę ;)

Święta Luca dnia przyrzuca! Na świętą Luce noc się ze dniem tłuce! Świętej Lucy Humppa bucy!

No... polecam też pobuceć:

Już niedługo konkretniejsza notka. Buziaki :*

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31