Blog > Komentarze do wpisu

Mating in da club

Drugiego dnia mojego pobytu w Finlandii zorganizowano nam pogadankę o różnych administracyjno - studenckich sprawach. Opowiadali tam, jak się logować na ichnie usosy, gdzie kupić kartę autobusową itp. Wśród prelegentów była pani opowiadająca o studenckiej przychodni. Pod koniec swojego wystąpienia dodała:

Mam nadzieję, że wszystko, o czym wam opowiadałam było zrozumiałe i nie będziecie mieć później problemów ze skorzystaniem z pomocy lekarskiej. Uważajcie na siebie. Ubierajcie się ciepło, jedzcie zdrowo, nie pijcie za dużo, używajcie kondomów i zażywajcie profilaktycznie witaminę C, a na pewno wszystko będzie w porządku i nie będziecie musieli się do nas zgłaszać.

Pomyślałam wtedy, że albo żyję na innym świecie, albo ta pani czerpie wiedzę o studentach z amerykańskich seriali. I cóż...

Gdy następnej nocy patrzyłam na zachowania wieeelkiej części braci orgasmusowej i gdy tak próbowałam sobie nazwać to, co widzę, w głowie rozhuczało mi się słowo mating... do teraz nie mogę znaleźć polskiego odpowiednika (no bo "gody" to tak bardziej elegancko, staroświecko i nieadekwatnie brzmi).

Tak... do klubu przychodzi się, żeby się matingować (z finiszem, bądź bez niego).


Znużona tańcami i swawolami wychodziłam czasem na samotne wycieczki po pięterkach. Samotna samica prędko staje się łakomym kąskiem dla polujących samców. Gdy zatrzymywałam się na chwilę, by się rozejrzeć za mniej lub bardziej znajomymi twarzami, podczas owego rozglądania trafiałam często na śliski wzrok tego, czy owego klubowicza. I parli tacy w moją stronę, więc trzeba mi było salwować się ucieczką. Najgorsi są jednak dobrzy tancerze - trudno o nich na parkiecie, a jak już się jakiś trafi, to po jednym, czy drugim kawałku próbuje obłapiać... no i taneczne źródełko wyczerpane...

Wszystkie daddy issues mają tutaj jednak bez wątpienia wiele radochy.

Pomni zaleceń pani z przychodni, organizatorzy studenckich imprez wyszli na przeciw potrzebom rozbuchanych przyjezdnych. W koedukacyjnych kiblach, za dyskretną ścianką oddzielającą pisuary od reszty świata, wisi automat z prezerwatywami. Nie wiem, czy w Polsce też takie mamy, czy to zachodni wynalazek, ale zaskoczyło mnie, że nawet w feminizujących krajach  nordyckich kupowanie gumek to wciąż męska rzecz. 


Dość starobabowato brzmi ta notka. Ciężko mi ją przeredagować, a nie oddaje do końca mojego stosunku do mainstreamowych klubów. Mimo tego, że mi się tam nie podoba, to w sumie mi się podoba - oprócz zabawowego communitas, przecież która niewiasta nie lubi, jak się do niej ślinią, gdy baunsuje na parkiecie? :) Uważam wszelakoż, że ciekawiej bywa na imprezach kuchennych, a localsów poznać można przecież w innych miejscach - w pubie, w w bibliotece albo na planszówkach!

Ps. Nawet jak kto nie uczestniczy w matingu i wmawia sobie, że przecież można jeszcze potańczyć czy porozmawiać (próbowałam rozmawiać w klubie kilka dni temu - do teraz mam chrypę), zawsze może zostać oznaczony na niezapomnianych zdjęciach na fejsiku. O nich następnym razem :)

niedziela, 20 stycznia 2013, ceress

Polecane wpisy

  • Wakacje z życia

    Bardzo długo mnie tutaj nie było. Wróciłam do domu kilka dni temu i wciąż czuję się, jakby mnie wessało do jakiegoś innego wymiaru. Bardzo fajna sprawa taki Era

  • Na fejsie - związki

    Erasmus stawia nie lada wyzwania parom, które na czas turnusu wymiany studenckiej rozjeżdżają się na dwa końce świata. Dyskoteki, chłopaki, nauka... Żeby zapew

  • Zapchajdziura

    To takie przykre uczucie, gdy prawie codziennie dzieje się coś wartego opisania, albo wykminiam coś, co wręcz należy uwiecznić, ale jakoś tak ten... no i wiecie

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/01/31 11:51:52
Jak mogłaś nie zabrać mnie ze sobą!