Blog > Komentarze do wpisu

Kaszkieciarze

Nie mam pojęcia jak to się stało, że jeszcze o tym nie napisałam. Był to jeden z pierwszych tematów, jakie chciałam poruszyć na blogu (z tego okresu jeszcze, kiedy blogowałam głównie z frustracji i wewnętrznej konieczności, a nie przede wszystkim dla funu). Temat o jedynej chyba fobii, jaką mam jeśli chodzi o męski ubiór - kaszkiety!

Fobii tak silnej, że kiedy mi amore zażartowało kiedyś, że sprawdzi moją miłość i kupi sobie kaszkiet, odpowiedziałam tylko: na twoim miejscu nie testowałabym mojego afektu w ten sposób. Każdy afekt rozbija się prędzej czy później o jakiś kaszkiet w rodzinie. Więcej temat nie był już poruszany... Oprócz tego razu, kiedy kaszkietopodobna czapka zimowa zakupiona kiedyś w Croppie pewnego dnia znikła bez śladu (oczywiście, nie mam z tym nic wspólnego - to przeznaczenie).

Jasne, ciemne, w kratkę, w kropki, z wydzielonym daszkiem, bez wydzielonego daszka, eleganckie, "na luzie"... to wszystko nie ważne. Kaszkiety nie budzą mojego wewnętrznego sprzeciwu tylko wtedy, gdy noszone są przez panów w podeszłym wieku

Wobec powyższego naprawdę nie wiem, czy cechy, jakie dostrzegam u kaszkieciarzy są w nich rzeczywiście, czy to tylko moja wyobraźnia podsuwa mi podstawy do tego, żeby mężczyzn w kaszkietach kwalifikować do osobnej, nielubianej przeze mnie subkultury.

  1. Jeden jest Grinpisiarzem, chodzi po Rynku i nagabuje ludzi. Zwykle uciekam od takich, ale - jako że miałam do czynienia z kaszkieciarzem (noszącym szerokie spodnie do pół łydki i stopki pod adidasami nota bene) - przystanęłam, by zweryfikować swoje poglądy.

                  Tutaj powinien zostać przytoczony odpowiedni, wymowny cytat z naszej rozmowy, ale owej nie pamiętam. Mogę jednak zapewnić, że po tej pogawędce, moje przekonania o kaszkieciarzach nie drgnęły ani o centymetr. Ot kozacki bubek chodzący w stopkach.

  2. Stylizujący się. Chodzą na swing, słuchają winyli, noszą jedwabne szaliki i recyklingują międzywojenną elegancję. Taka Piwnica pod Baranami albo Grzegorz Turnau. Nie mam na ich temat wiele do powiedzenia prócz tego, że są oddanymi fanami kultury wysokiej, studiują filmoznawstwa i teatrologie, i się nie pospolitują. Nie muszę chyba dodawać, że poziom zblazowania (dzięki ci, języku polski, za udostępnianie mi zasobów tak celnych słów!) sięga zenitu.

  3. Mam kilku kolegów - kaszkieciarzy. Prócz turnalistów zalicza się do tego zacnego grona oświecona uniwersytecka brać, żesz ich mać. Każden jeden kropka w kropkę. Czasem dawałam im szansę wyjścia z tej hańbiącej kaszkieciarskiej grupy przekonując siebie, że przecież stereotypy, że przecież oni tacy sympatyczni i interesujący... no ale wyłazi im z tych kaszkietów prawdziwa natura.

    Piszą wiersze, publikacje, są politycznie zaangażowani (zarówno z jednej jak i z drugiej strony), nazywają bibliotekę na Rajskiej swoim "drugim domem... choć właściwie to pierwszym, bo w nim bywają częściej hi-hi", słuchają muzykę alternatywną, ale nie pogardzą też mainstreamem (są zbyt oświeceni na takie wąskohoryzontne klasyfikacje), są backpackersami i blogerami. No i nie przyjeb tu takiemu!

 Wszystkie te grupy łączy wysoki poziom pozerstwa.

 

Czytając te punkty stwierdzam, że sama powinnam kupić sobie kaszkiet...

 

Kaszkiet stał się dla mnie symbolem krakowskiego turnalizmu tudzież warszawskiej praskości.

O warszawskiej Pradze niewiele mogę powiedzieć, więc tylko zaznaczam obecność tej podgrupy.
Termin "turnalizm" przyszedł mi do głowy, gdy kilka lat temu oglądałam Wojewódzkiego. Podpytywał Grzesia z różnych stron, starał się rozśmieszyć, starał się zahaczyć, ale natykał się na grubą ścianę wyższości artysty, który, przekładając nogi z jednego kolana na drugie, dystynkcję powlekał nutą zblazowanej nonszalancji... I tak otwarły się przede mną wrota konotacji.

Pisałam kiedyś, że w Krakowie na Brackiej pada czynnik K, czyli lans na kulturę. I nikt inny tego lansu nie wprowadza w życie tak dobitnie, jak nasi kaszkieciarze właśnie.

 

Ps. So podała mi cenną wskazówkę klasyfikacyjną, którą się tutaj podzielę. Warszawski hipster ma nosić iPhona i RayBany, a krakowski - okularki na Turnaua i kaszkiet. Ot kolejny wyróżnik czynników K i W :)

Ps2. Serio muszę kupić sobie ten kaszkiet, żeby nie być klasyfikacyjnie gołosłowną.

Źródło fotki.

środa, 02 stycznia 2013, ceress

Polecane wpisy

  • Wakacje z życia

    Bardzo długo mnie tutaj nie było. Wróciłam do domu kilka dni temu i wciąż czuję się, jakby mnie wessało do jakiegoś innego wymiaru. Bardzo fajna sprawa taki Era

  • Na fejsie - związki

    Erasmus stawia nie lada wyzwania parom, które na czas turnusu wymiany studenckiej rozjeżdżają się na dwa końce świata. Dyskoteki, chłopaki, nauka... Żeby zapew

  • Zapchajdziura

    To takie przykre uczucie, gdy prawie codziennie dzieje się coś wartego opisania, albo wykminiam coś, co wręcz należy uwiecznić, ale jakoś tak ten... no i wiecie

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: bratzacieszyciela, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/01/03 18:31:57
trafne!